wtorek, 2 grudnia 2014

Wakacje - dzień 14 i 15

Ostatni dzień w Delhi upłynął dość szybko. Obudziliśmy się nieco później niż zwykle - słońce zdążyło przejść nad naszymi drzwiami i rozgrzać dach. W pokoju zrobiło się duszno i sucho. Czym prędzej otworzyłem drzwi i okna - zmrużyliśmy oczy - jasne światło odebrało nam zdolność widzenia; po chwili jednak obraz wrócił. Za drzwiami leżały kolejne prezenty od polskiej grupy: bezcenne filtry chroniące przed słońcem z faktorem 50+ i odkażacze medyczne zabijające wszelkie wirusy, bakterie i grzyby. Na wierzchu leżała jeszcze kartka od Asi, z podziękowaniami za mile spędzony czas. Byliśmy wniebowzięci!

Chwilę potem pojawiła się Rudrani i poszliśmy na śniadanie. 

Mój brzuch nie działał zbyt dobrze, zadowoliłem się więc jajecznicą i suchymi tostami. Następnie czas - po raz pierwszy w Indiach - nabrał tempa. Zaczęliśmy się pakować i z przerażeniem stwierdziliśmy, że przybyło nam mnóstwo rzeczy. Plecaki "przytyły" o sześć kilo i znacznie zwiększyły objętość. Nie było jednak czasu na "plecakowe diety", dźwignęliśmy więc ładunek i poszliśmy na dworzec.

New Delhi Station jest oddzielnym miasteczkiem u którego wrót roi się od oszustów, naciągaczy i przestępców. Są tak namolni, że pozbycie się ich jest wielką sztuką. Do tego dochodzi bezużyteczna policja, ochrona i kompletnie nie zorientowana obsługa, tak zwana "may I help you". Gdy udało nam się przez nich przebić, dowiedzieliśmy się, że nasz pociąg jest odwołany. Zrobiło mi się gorąco a później zimno... zostawiłem Marcina na środku poczekalni i pobiegłem do obsługi klienta. Tam dowiedziałem się, że "pociąg czasami kursuje, czasami nie" - nie wiedzieli jednak w które dni odjeżdża. Odesłany do informacji, natknąłem się na dziesięciu "pomocników", którzy chcieli mi sprzedać bilet na inny pociąg, który do Varanasi jechał. Po odwiedzeniu oficjalnej informacji, w którym dowiedziałem się, że "pociąg chyba dzisiaj nie kursuje, a jeśli tak to odjeżdża z platformy szesnastej", przez sekundę rozważałem skorzystanie z oferty oszustów. Wysłałem Marcina. Dowiedział się, że pani w informacji nie wie, bo zajmuje się tylko autobusami. W końcu poszliśmy do kasy. Kasjerka stwierdziła, że "pociąg będzie jechał z szesnastki, a to, że nie jest wyświetlony na tablicy, nie ma najmniejszego znaczenia". Poszliśmy na peron i z radością stwierdziliśmy, że Poorva Express już stoi i czeka.

W pociągu działo się to co zawsze. Ogromna ilość ludzi, większość bez miejscówki, próbująca znaleźć swój kawałek podłogi. Marcin umiejętnie skopywał każdego (dosłownie - nogami) ze swojego miejsca, ja w końcu uległem i zgodziłem się odstąpić powierzchnię wielkości połowy taboreta jakiemuś Hindusowi. 

Poznaliśmy wielu ludzi. Gadaliśmy o wszystkim: o religii, pracy, różnicach pomiędzy Europą a Azją, telefonach komórkowych, bogach, buddach i nas samych. Z niektórymi wymieniliśmy się adresami e-mailowymi...
Co pięć minut w wagonie pojawiali się sprzedawcy herbaty, kawy, napojów, samos, chlebków, potraw ryżowych i takich, których nie rozpoznałem żadnym ze zmysłów. Co jakiś czas pojawiała się też kobieta sprzedająca pukawki, pistoleciki i piszczące kurki z plastiku. Spać w takich warunkach nie sposób. W końcu jednak wyciągnęliśmy poszewki i szybko się w nie wsunęliśmy. Koce nie były potrzebne, bo temperatura w pociągu była tropikalna. Włożyłem najważniejsze rzeczy za spodnie i usnąłem na jakiś czas.

Pociąg przyjechał z dwugodzinnym opóźnieniem, co było czymś nieznacznym dla indyjskich kolei.
Na peronie czekał na nas przedstawiciel hotelu. Zadzwoniłem do niego z pociągu i poprosiłem, żeby po nas przyjechał. Trochę narzekał, że musiał czekać na nas od piątej rano, ale zignorowany przez nas zupełnie zaczął opowiadać jak piękne jest jego miasto. Oczywiście kłamał, jak każdy handlarz, którego poznaliśmy.

Miasto umarłych przywitało nas niesamowitym upałem. Poszliśmy na spacer zaraz po zrzuceniu bagaży. O dziewiątej rano było już trzydzieści stopni. Szliśmy tak deptakiem wzdłuż niezliczonych ognisk, w których dopalały się ludzkie szczątki. Co kilka minut przynoszono kolejnych zmarłych, odkrywano ich i układano na stosach.

Widok trudny do opisania. Nie chcieliśmy robić zdjęć... Zmarli składani ogniu są jeszcze wiotcy. Hindusi poddają kremacji zwłoki zaraz po śmierci. Czasami ciała są jeszcze ciepłe... wyciekają z nich płyny... trudno to opisać, bo każdy czuje inaczej.

Obok palenisk układają się psy, krowy i kozy, których jest tutaj nazbyt dużo. Setki kóz gonią się po deptaku, podskakują i wydają się bardzo wesołe. Krowy leżą, lub łaskawie wchodzą do rzeki. Gdy tego dokonają, kąpiący się ludzie myją je, głaszczą i czule klepią po głowach. Psy za dnia śpią tak twardo, że wyglądają jak martwe.

Obok tego wszystkiego, pomiędzy paleniskami krążą ludzie. Tu, nad rzeką są ubrani odświętnie i niezwykle kolorowo. 

Tańczą, bawią się, obmywają wodą w której pływają szczątki zmarłych, robi pranie i poi zwierzęta... dalej po świętej rzece pływają dziesiątki łódek. Jedne przewożą ludzi na drugą stronę rzeki, inne spełniają zachcianki turystów, kolejne po prostu płyną w niewiadomym celu zgodnie z prądem rzeki. A dym i zapach kadzideł, kwiatów i palonego drewna unosi się ponad wszystkim gryząc w oczy przechodniów, gdy wiatr powieje od strony rzeki.