środa, 3 grudnia 2014

Wakacje - dzień16

Obudził nas ryk krowy. - Oni muszą podstawiać im mikrofony - stwierdziłem - przecież to niemożliwe, żeby one tak głośno ryczały. Marcin nie odpowiedział, zamiast tego oznajmił - Wstanę i zrobię nam kawy z mlekiem. A później coś zjemy. Uśmiechnięty próbowałem wstać i nagle głośno zawyłem. Poraził mnie ból dolnej partii pleców - tak okropny, że aż mi w oczach pociemniało.
Gimnastyki rozciągającej nie byłem w stanie wykonać. Ba! Włożenie spodni okazało się nie lada wyczynem, nie mówiąc o zawiązaniu butów. Marcin początkowo ignorował moje samopoczucie i tak mnie tym rozzłościł, że pokłóciliśmy się dość ostro. W gniewie walnąłem kremem w półkę, kosmetyki poleciały we wszystkie strony i jeden z nich uderzył Kota w oko. Zapowiadał się piękny dzień. Obrażeni na siebie powiedzieliśmy sobie o wiele za dużo.
Poszperałem w necie. Na polskich stronach wypisują głupoty mające na celu nastraszenie ludzi. Każdy ból pleców nazywają "korzonkami", co dalej mylą z rwą kulszową i innymi schorzeniami, na tych najgorszych kończąc. Wszedłem więc na angielski - bardziej rozsądny - NHS i przeczytałem, że taki ból pleców jakiego doświadczam, występuje często i jest określany jako "niespecyficzny ból pleców", nie mając związku z ogólnym zdrowiem. Najprawdopodobniej przeciąg w pociągu spowodował, że mnie "połamało" - niestety może to trwać dość długo. Dodając do tego ustępujący na szczęście ból kolana - czułem się dzisiaj na lat sto lub dwieście.

Po przysłowiowej burzy wyszło słońce. Przeprosiliśmy się i ja - połamany, oraz Kot z podbitym okiem poszliśmy na śniadanie. Trafiliśmy do restauracji krisznowców i zamówiliśmy kawę i noodle z warzywami. Później poszliśmy na spacer w poszukiwaniu marketu. Po drodze bodła mnie krowa i pies obszczekał. - To chyba nie mój dzień - stwierdziłem, a chwilę potem, gdy znalazłem pieniądze na ulicy, pomyślałem, że po prostu czyszczę nagatywną karmę.
Buddyści uważają, że nagromadzoną złą karmę można "wyczyścić" poprzez wiele działań, czasami takie oczyszczenia następują samodzielnie przez - na przykład - miejsca w których się znaleźliśmy lub ludzi, których spotkaliśmy.
Poranna kawa - w pozycji lekko pochylonej do przodu ból ustępował.
Varanasi ma bardzo dziwną energię. Zachodni turysta odwiedzający to miasto poczuje się zagubiony, trochę przestraszony i nieco podekscytowany. Nikt także, nawet osoby z zaburzeniami powonienia, nie pozostaną obojętni na mieszankę zapachów jaka unosi się w powietrzu. Swąd palonego drewna i zwłok, smród odchodów, słodki zapach kadzideł oraz ostra woń przypraw tworzą mieszankę, której nie da się zapomnieć.
Mieszkańcy świętego miasta ocieplają budynki odchodami zwierząt. Zbierają je z ulicy, robią "placuszki" i przyklejają do murów i ścian. Wysuszone kupy wykorzystuje się także jako materiał do opału.
Marcin przy murku ze suszącymi się gówienkami.
Ludzie są tutaj niezwykle różnorodni i kolorowi. Kobiety stroją się nad wyraz starannie, używają słodkich wonności i rozwiewają zapachy przy każdym swoim ruchu. Tłumnie przychodzą nad rzekę, siadają na gatach i patrzą na wodę i na deptak, na którym zawsze się coś dzieje. Najbardziej interesujące wydarzenia dzieją się podczas wschodu słońca i późnym wieczorem. Któregoś dnia pójdziemy popatrzeć. Rano ludzie obmywają się świętą wodą. Istnieje cały rytuał takiego obmywania, który opiszę przy okazji, wieczorem zaś jogini odprawiają różnego rodzaju rytuały - muszę o tym poczytać, żeby opisać to co zobaczymy.
Kobiety znad Gangesu.
Hinduscy jogini żyją osobno, ale współpracują ze sobą i często można ich spotkać razem. Udzielają porad i błogosławieństw (za drobną opłatą), medytują, siedzą w wymuszonych, bardzo niewygodnych pozycjach, a czasami chodzą z puszką i zaczepiają przechodniów prosząc o datki. Gdy dostaną jedzenie gotują je sobie w rondelkach, korzystając z niedopalonych drzew z palenisk pogrzebowych. Biorą je na murek, na tym stawiają blaszany okrąg na trzech nóżkach i stawiają garnuszek. Wygląda to dość zabawnie, jak próbują własnej potrawy i z zadowoleniem mlaskają, najprawdopodobniej chwaląc smak lub własne zdolności kulinarne.
Jogini znad Gangesu.
O tej porze roku, każdy dzień jest ciepły i słoneczny. W Varanasi jednak są miejsca, gdzie zawsze - niezależnie od pogody - jest ponuro. Pod gatami kremacyjnymi rozbrzmiewają dziwne zawodzenia i nawoływania. Bezustannie palone stosy wytwarzają taką ilość dymu, że słońce rzadko tam zagląda. Po przekroczeniu niewidzialnej granicy, przechodzi się na "inną stronę" - rzeczywistość staje się ponura. Na tarasach siedzą ludzie, najczęściej mężczyźni ubrani na biało i obserwują rytuały pogrzebowe. Co kilka minut ogień pochłania kolejne ciała - dym wżera się w oczy. Każdy mimowolnie płacze...
Nad Gangesem, pod jednym z kremacyjnych gatów.
Kilkadziesiąt metrów dalej znów "przechodzi się" przez granicę. Ludzie stają się nagle kolorowi, tańczą, grają na piszczałkach, puszczają latawce (nigdzie nie widzieliśmy więcej latawców niż tutaj) i głośno się śmieją. Być może świadomość nieuniknionej śmierci i ciągły kontakt z przemijaniem powoduje, że mocniej korzystają z życia?
Roztańczone ulice.
Hindusi lubią kolory. Tutaj jest ich cała gama. Święta rzeka podczas godzinnego spaceru zmienia "klimaty" i kolory wielokrotnie. Są tu "krowie plaże", miejsca handlu, tańców, wodnych zabaw i ciszy. Te ostatnie, znajdują się po drugiej stronie rzeki. Postaramy się tam popłynąć i odpocząć od zgiełku. Przeprawa przez Ganges kosztuje sto rupii, nie wiemy tylko ile w drugą stronę. Rzeki nie da się przepłynąć, nie ma tez mostu...
Wszystko się okaże.
Krowia plaża (tą nazwę nadaliśmy temu miejscu sami).
Siedzimy na tarasie. Jest wieczór. Połowa księżyca wisi nad nami - zanika od dołu, do góry - inaczej niż w Europie. Pod Marcinowym okiem, na szczęście nie pojawił się siniak - cały dzień miałem wyrzuty sumienia. Mnie trochę mniej bolą plecy. Jest dobrze - wcale nie musi być idealnie.
Życie przecież dlatego jest piękne, że różnorodne. Jak Ganges...
My - minutę przed dodaniem tego wpisu :)