Wstaliśmy po ósmej. Śniadania w restauracji przy gompie skończyły się wraz z wyjazdem Karmapy, tak więc w końcu mogliśmy się wyspać. Dodatkowo po ostatniej nieprzespanej nocy, potrzebowałem odpoczynku. Po przebudzeniu stwierdziłem, że czuję się lepiej. Temperatura ciała wskazała 35,1°C, czyli normalną dla mnie. Mam to po mamie: obniżoną ciepłotę ciała i ciśnienia krwi. Ale wróćmy do spraw istotnych...
Poranek był słoneczny - w sumie to nic nadzwyczajnego, bo każdy taki jest. Obudziłem Kota i sam pozwoliłem sobie na powolne wybudzanie, w trakcie którego dostałem wiadomość od Piotrka, że przyjdzie się z nami pożegnać. Wszyscy byliśmy głodni, tak więc zjedliśmy wspólny lunch w namiocie tybetańskim. Dzisiaj byłem ostrożny - wybrałem: naleśnik z miodem, chlebek i coca-colę. Niestety nadal odwiedzam toaletę częściej, niż tego sobie życzę, z którego to powodu jestem grzeczny, jem mało i rozsądnie oraz zażywam lekarstwa. Węgiel mi nawet smakuje. Jem co kilka godzin po 15 tabletek, traktując je jak cukierki. A ile uciechy mam z pokazywania jęzora dzieciom :) Piotrek zaszalał. Zjadł ogromny talerz zupy oraz pierogi z serem i warzywami. Zachorował trzy dni przede mną i w końcu dzisiaj mógł uzupełnić kalorie. No nic - takie uroki życia.
Po posiłku Marcin poszedł prać, a ja odprowadziłem kolegę do hotelu, poszliśmy też trzykrotnie okrążyć stupę. W drodze powrotnej spotkałem Gosię. Szykowała się na samolot do Delhi. A w ogóle z Gosią ma miejsce zabawna sytuacja. Całkiem niedawno mieliśmy wspólny wernisaż w Polsce, a poznaliśmy się dopiero tutaj. Świat jest pełen niesamowitych i zabawnych historii - mówię wam.
Piotrek wyjechał. Kot skończył porządki - umył nawet podłogę. W Indiach, na klepisku w łazienkach, jest zawsze woda. Nie oddzielają niczym natrysku od toalety, czy umywalki; nie zauważyłem też żadnego nachylenia podłogi, ułatwiającego spływanie wody do kratki. Tak więc wszędzie panoszy się samo powstałe błoto. Marcin tego nie lubi, więc sprząta.
Poszliśmy na targ. W wioskach nie ma marketów. Są malutkie sklepiki, bardzo słabo zaopatrzone, z towarem często przeterminowanym. Targi są doskonałą alternatywą. Można na nich kupić wszystko. Największy znajduje się pomiędzy Mahabodi Temple a wyschniętym korytem rzeki, gdzie dokonuje się kremacji. Targ jest niezwykle tłoczny i hałaśliwy. Kramarze zachęcają do kupowania towarów, żebracy szarpią za nogawki, prosząc o jałmużnę, sprzedawcy napojów biegają z wielkimi czajnikami, rozlewając słodką mleczną herbatę, po pięć rupii za kubek. Reszty dokonują krowy, które wpychają się w każdą uliczkę.
Kupiliśmy ładne banany, sucharki, chleb tostowy, dżem, miód i herbatę. Sucharki okazały się wyśmienite, natomiast dżemy (jak wszystko inne w Indiach) przesłodzone. Dzięki temu na dłużej starcza, bo trzeba cienko smarować. Dla kontrastu, owoce są kwaskowate - nawet banany. Nikt tu nie dba o "normy". Owoce są mniejsze i chyba bardziej naturalne. Nikt ich nie ulepsza. Kupcy ścinają ogromne kiście bananów i na straganach odcinają z nich stosowną ilość. Gdyby nie koszmarne warunki sanitarne...
![]() |
| Zakład krawiecki. |
Za targiem znajduje się część usługowa. Obserwowaliśmy proces tłoczenia oleju. Ręcznie, powoli, zdrowo... Taki olej wyciskany na zimno jest niezwykle cenny, pod każdym względem. Dalej kobiety nawijały watę na patyczki, w końcu trafiliśmy na zakład krawiecki. "Wszystko oprócz pralni" - stwierdziłem. Mamy bowiem kilka ciężkich rzeczy do prania. Pralka poradziłaby sobie z nimi znacznie lepiej niż ręce. Hindusi jednak nie lubią, gdy zastępują ich maszyny. Praniem zajmują się tu pracze. Siadają koło kranu, namydlają szczoteczkę i tym sposobem usuwają brud. Może to i dobre - każdy ma pracę.
![]() |
| Głęboki smak z Polski. |
Świat jednak się kurczy. Orient miesza się z Europą. Dzisiaj w małym przydrożnym sklepiku zbudowanym z bliny i bambusa odkryliśmy polską kawę. Daleką drogę przebyła...
Na kolację poszliśmy do restauracji przy hotelu: warzywna zupka i smażone noodle z warzywami. W miarę bezpieczne rozwiązanie... No i odezwał się Piotrek:
Piotrek: Bilet do Patny kosztuje 25 rupii i jak się rozepchasz to jest szansa, że siądziesz :)
Ja: To zajebiście. A wygodnie?
Piotrek: Jak ch*** :) Siedzi nas sześciu na miejscu dla dwóch.
Ja: A no to spoko. Jest przygoda. Daj focię:
![]() |
| Zdjęcie Piotra przesłane messengerem. |
My kupiliśmy bilety dużo wcześniej i wtedy wybrałem coś bardziej komfortowego. Ale opcja klasy najniższej - 2nd sitting class - bardzo mnie podnieciła i koniecznie musimy tego spróbować. W Indiach jest wiele klas pociągu, a różnice cenowe są niewiarygodne. Za tą samą trasę można zapłacić do dwudziestu razy więcej. Kiedyś spróbuję uwiecznić i opisać wszystkie klasy pociągów, jakimi można podróżować w Indiach.
Odezwała się także Rudrani (z Delhi). Przeziębiona, bo temperatury w stolicy Indii spadły do poziomu kilkunastu stopni. Grudzień jest najzimniejszym miesiącem w tym kraju. Później będzie już lepiej. Gdyby nie ogromne różnice pomiędzy nocą a dniem, byłbym szczęśliwy. U nas jest teraz plus 10, w dzień będzie o dwadzieścia kilka stopni więcej.
![]() |
| Samotność pod stupą. |
Po kolacji poszedłem pod stupę. Zainspirowany wyczynami Kasi, postanowiłem wznowić praktykę pokłonów. Póki co okrążyłem stupę, wykonując 108 pokłonów przed Drzewem Schronienia, które wyobrażałem sobie przed oczami. Byłem sam. Niezwykłe doznanie.
Dobranoc.




