poniedziałek, 22 grudnia 2014

Wakacje - dzień 35

Obudziłem się o drugiej w nocy zmarznięty tak, że miałem dreszcze. Wstałem do łazienki i poczułem się źle. "No to pewnie dopadł mnie wirus" - pomyślałem, poruszając się z wielkim trudem. Termometr pokazał 38 stopni. Napiłem się wody i położyłem do łóżka. Długo niestety nie poleżałem. W końcu zrobiłem sobie herbaty, potem drugiej, trzeciej i tak dotrwałem do wschodu słońca. Rano było lepiej, temperatura spadła do normalnej - byłem tylko mocno osłabiony. Kot starał się jak mógł: podawał mi wszystko, ubolewał nad moją kondycją i był ogólnie mówiąc pomocny. W końcu powiedziałem, żeby gdzieś poszedł, a sam zająłem się kilkoma sprawami, na które nie miałem czasu: napisałem kilka e-mejli, uporządkowałem pocztę i posprzątałem w telefonie i komputerze. Od stycznia będę normalnie pracował przez 4-godziny dziennie, czyli jak to na wakacjach - na pół etatu. Kończę skład "Białych Kronik" - wydawanego przeze mnie rocznika poetyckiego i szykuję się do składu czterech tomików, bo tyle wydam w pierwszym kwartale roku. Wybieram najlepszych i odrzucam tych, którzy według mnie się nie nadają. Tak jest uczciwiej wobec wszystkich. Cieszę się, że do tego dojrzałem. 

Leżałem do trzynastej. W końcu wszedłem pod prysznic - był zimny. Kot mówił, że rozpalili ognisko... zaraz, zaraz... nie wiem, czy już pisałem. Żeby mieć ciepłą wodę, trzeba narąbać drzew, wejść na dach i rozpalić ogień pod bojlerem. Po jakimś czasie, przez krótki okres, z kranu leci ciepła woda - trzeba mieć jednak szczęście. 

Ale o czym ja chciałem pisać? Chyba o dniu dzisiejszym. Ubrałem się i poszliśmy pod Mahabodi. Zrobiliśmy trzy duże obejścia i ponieważ nie miałem już siły, siedliśmy na trawie i medytowaliśmy, stapiając się z Buddą Medycyny. A potem dopadła nas jakaś hinduska wycieczka i każdy jej uczestnik siadał w szeregu z nami, pozując do zdjęcia. Było zabawnie.
Kręcąc młynkami.
Wirus który mnie trawi dopadł prawie wszystkich naszych znajomych. Pisałem o tym wczoraj. Na razie nic nie biorę, ale jak do jutra mi nie przejdzie, łyknę Nifuroksazyd, który dostałem od drogich rodaków w Delhi. Póki co, traktuję wszystko jak oczyszczenie. 

Na obiad poszliśmy na pierogi do tybetańskiego namiotu. Zamówiłem warzywne, dodatkowo dosmażone. Były bardzo smaczne. Kot był dzisiaj odważniejszy i wziął noodle z mięsną zupą - pyszne, ale dzisiaj stołuję się ostrożnie. 

Tak upływa kolejny dzień. Wakacje bez pośpiechu mają tą zaletę, że chorobę traktuje się z przymrużeniem oka. A być może to zasługa wielu medytacji? Kto to wie? 
Karmapa wyjechał, większość turystów również. Na naszej uliczce zrobiło się spokojnie i cicho. Byliśmy w świątyni pokręcić młynkiem i udało nam się zrobić to w samotności. To akurat miłe. Pod Mahabodi także nie było wielu ludzi. Dekoracje zostały usunięte, można było zanurzyć się w swoich myślach. Tego właśnie szukaliśmy. Zostaniemy tu do połowy stycznia. Bodh Gaya bardzo przypadła nam do gustu.
Urzekła nas jej naturalność.
Ludzie są tu szczęśliwi. Dzieci bawią się w wąskich uliczkach razem ze zwierzętami. Wydaje się, że niczego więcej im nie trzeba.
Dzisiaj spotkaliśmy cudowną dziewczynkę. "Zobacz jaka bumba" - powiedział Kot. ""Stara - maleńka" - odpowiedziałem. A potem stał się cud. "Bumba" uśmiechnęła się promiennie, niczego nie oczekując w zamian. To dla niej właśnie będziemy Mikołajami. Skradła nam serca.

Jest wieczór. Siedzę w restauracji przy hotelu i pijąc mleczną kawę piszę notkę na telefonie. Marcin poszedł połazić po handlowych namiotach w tybetańskiej dzielnicy. Pójdę pochodzić pod małą stupą przy klasztorze. Oprócz różnych "zasług" w buddyjskim rozumieniu, ta czynność wybitnie mnie uspokaja. 
Trzymajcie się ciepło ;)