sobota, 3 stycznia 2015

Wakacje - dzień 45,46 i 47

Ostatnie trzy dni wakacji spędziliśmy medytując, chodząc dookoła stupy i planując dalszą podróż. Pogoda - a w zasadzie anomalie pogodowe - nie sprzyjały dalekim, pieszym wycieczkom, dlatego też wykorzystaliśmy ten czas na wędrówki wgłąb siebie samych. Nie wiem jak Marcinowi, ale mnie samotność i odcinanie się od świata sprawia coraz większą przyjemność. Myślę, że długotrwałe odosobnienie, to tylko kwestia czasu... ale - jak to mówią: co ma wisieć nie utonie - nie będę zastanawiał się nad przyszłością.

Zamiast tego, opowiem Wam o Buddzie. Dzisiaj medytowaliśmy niedaleko Lotosowego Stawu, na środku którego znajduje się ogromna rzeźba, przedstawiająca Sidhartę Guatamę podczas medytacji, zanim osiągnął pełne urzeczywistnienie. Legenda mówi, że niedługo przed osiągnięciem oświecenia, podczas jednej z głębokich medytacji jakim poddawał się przyszły Budda, zaczął padać deszcz. Wtedy król nagów Muczilinda, pojawił się i osłonił go swoim ciałem, przed szalejącym żywiołem. Jest to powszechnie znana i lubiana bajka, ukazana także w filmie "Mały Budda", w reżyserii Bertolucciego. Fajny film - polecam.

Wracając do Buddy. Urodził się około 560 roku przed naszą erą, jako syn Siuddhodany i jego żony Mai. Powszechnie uważa się go za księcia - z całą pewnością przyszedł na świat w bardzo bogatej i wpływowej rodzinie - najprawdopodobniej nie był jednak następcą tronu. Tak czy inaczej dorastał w przepychu i beztrosce, która jednak nie dawała mu satysfakcji. Wymykał się więc z pałacu, by poznać "prawdziwe życie". Podczas wędrówek spotkał biednych, chorych i w końcu martwych ludzi. Poruszyło go to do tego stopnia, że postanowił porzucić wszystko i wyruszyć, by znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania. Plan swój zrealizował, mimo że niedługo przedtem poślubił swoją kuzynkę Jesiodarę, która powiła mu syna - Rahulę.
Początkowo poddawał się tak surowym umartwieniom, że przypłacił je prawie życiem. Gdy zbliżył się do granicy śmierci, zrozumiał, że droga skrajnych wyrzeczeń, jest tak samo niewłaściwa, jak życie w przepychu. Zaczął jeść, prowadząc życie pełne umiaru - współcześnie nazywamy to drogą środka. Na swojej drodze spotykał wielu nauczycieli, szybko jednak przerastał ich pod każdym względem, ciągle jednak nie dochodził do celu. W końcu, zmęczony ciągłą wędrówką usiadł pod drzewem figowym i obiecał sobie, że nie wstanie, dopóki nie znajdzie ostatecznej odpowiedzi na wszystkie pytania. Po siedmiu tygodniach medytacji okrył przyczyny cierpienia i poznał sposób, w jaki można je przezwyciężyć. Doznał pełnego oświecenia i jak wielu innych przed nim, osiągnął stan umysłu, jaki nazywamy Buddą.
Historia historycznego Buddy, jest bardzo typowa. Wielu młodzieńców w tamtych czasach opuszczało domy w poszukiwaniu "prawd", jednak tylko Sidharta osiągnął pełne urzeczywistnienie. Siła jego Nauk była tak wielka, że przynosi pożytek każdemu, kto ich zechce wysłuchać. Budda przekazywał wszystko, czego sam doświadczał, przez pięćdziesiąt lat. Jego Mądrość przetrwała do współczesnych czasów, dzięki czemu, możemy kroczyć tą samą ścieżką.
Na Lotosowym Stawie, wznosi się figura Buddy, osłoniętego ciałem kobry.
W przerwach pomiędzy medytacjami chodzimy do Mahometa. Ma najlepsze jedzenie w Bodh Gaya - można tam wypić nawet sok ze świeżych warzyw, co w Indiach nie jest spotykane. Owszem serwuje się soki, nawet na ulicach; nie są jednak dla nas bezpieczne. Mahomet postawił na jakość. Wszystkie warzywa i owoce moczy w roztworze z jodyną i płucze je wodzie zdatnej do picia. Każda potrawa jest przygotowywana na zamówienie. Talerze i noże myje się w bieżącej wodzie, zachowując przyzwoite standardy higieny. Będziemy go reklamować na portalach turystycznych, z którymi współpracujemy.
Najlepsza knajpa w Bodh Gaya - Mahomet Restaurant.
Dzisiejszy obiad udało nam się zjeść na zewnątrz. Pod parasolem mżawka nie była uciążliwa. Jak na typową porę suchą, jest cholernie mokro! Padało podczas uroczystości kilka dni temu, a tera leje od wczoraj. Hindusi zupełnie nieprzygotowani na taką pogodę, pozdejmowali dachy i rozpoczęli "zimowe remonty". Kilka dni temu pokazywaliśmy na facebooku, jak cała wioska buduje ulicę, kanalizację i chodniki. Wszystko zalało! Wylało pootwierane szamba i studzienki. Wszędzie cuchnie, komary szaleją i jest naprawdę mało ciekawie. Wszystko podobno przez lawiny i niezwykłe śnieżyce w Himalajach. Siła ciśnienia pcha chmury na subkontynent indyjski, powodując załamanie pogodowe, jakiego nie pamiętają najstarsi mieszkańcy wioski. A nam śmierdzi pranie, które Kot wyprał wczoraj, podczas mojej porannej, silnie oczyszczającej sesji medytacyjnej - Dordże Sepma. Jest to praktyka, mająca na celu usunięcie zanieczyszczeń powstałych w umyśle i wszelkich negatywnych działań. Korzyści płynące z Dordże Sempa są ogromne, jednak podczas jej wykonywania z umysłu wychodzą wszelkie brudy. Ostatnim razem, gdy tygodniami "oczyszczaliśmy" karmę z moimi przyjaciółmi z Bydgoszczy, wyjechałem do Indii po raz pierwszy i przy okazji straciłem wielce intratną posadę w Tesco, gdzie byłem zarządcą. Pociągnęło to za sobą serię niefortunnych zdarzeń, które doprowadziły mnie do miejsca, w którym obecnie się znajduję, zgodnie z zasadą "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło". Ale czasami dupa boli... ale jak się chce na wysokich koniach jeździć, trzeba się liczyć z bolesnym upadkiem. Od siniaków się jednak nie umiera. Wczoraj rozbolał mnie jednak brzuch i z tego wszystkiego wyzwałem Kota, tak dla zasady, bo wydawało mi się, że nie okazuje wystarczającego współczucia. Tak to właśnie działa. Po burzy jednak wychodzi słońce i powietrze jest świeższe. Dzisiaj pod świątynią, na własnej skórze, poczułem jak emocje płynnie przechodzą z gniewu w zrozumienie. Dobre doświadczenie. Musze o tym pamiętać.

Chodząc wokół Mahabodi Temple, zobaczyliśmy reklamy, które rozwieszała pewna mniszka, jak się okazało później - Angielka. Z wielkim zainteresowaniem wypytałem ją o kurs, który będzie odbywać się w Bodh Gaya, pod koniec przyszłego tygodnia. Phowa - bo mowa o jednej z najrzadszych i najbardziej cennych buddyjskich praktyk świadomego umierania, czy przenoszenia świadomości po śmierci do czystej krainy - jest w obecnych czasach medytacją unikalną; niewielu nauczycieli ma przekaz. Razem z Kotem kilka razy braliśmy udział w kursach, za każdym razem osiągając pomyślny znak. Nasz rdzenny Lama Ole Nydahl, otrzymał przekaz od XVI Karmapy i podarował go dalej ogromnej ilości uczniów. Pamiętam jak za pierwszym razem, w Kucharach (w Polsce) chodziłem za Lamą i robiłem zdjęcia kolejnym osobom, patrząc z niedowierzaniem na znaki. Jestem z tych, którzy zobaczyć muszą. Dlatego zresztą jestem buddystą - nie muszę w nic wierzyć.

No właśnie... zapytałem mniszkę o znak powodzenia. Była szczera - Rinpocze zaleca praktykę przez dwa tygodnie po kursie, można dłużej. Podczas kursu wiele osób ma znak... prawie połowa! Razem z Marcinem zaczęliśmy sobie zdawać kim jest nasz Lama i jaką ma siłę. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jakie spotyka nas szczęście i jak rzadka okoliczność, obcowania z Kimś, kto jutro może się już rozpuścić i nie pojawić więcej na naszym horyzoncie. Będziemy więcej medytować - to najlepsze, co możemy zrobić. Wracając do znaku - przy Lamie Ole Nydahlu mają go wszyscy - jest nim kropla krwi na czubku głowy. Widoczna i nie wymyślona. Zrobiłem setki zdjęć!
Ulotka buddyjska z uroczą mapką.
A w Bodh Gaya mży, a czasami pada. Jest gorąco i parno jak nigdy wcześniej. Chłodzimy się wiatrakiem, bojąc się otwierać okna, przed komarami. Nawet koc pod drzwi do pokoju musieliśmy położyć, bo żądne krwi insekty przechodzą przez szczelinę. Ulice zmieniają się w strumyki lub bagniska.  Podobno jutro będzie podobna pogoda. Pójdziemy więc medytować, mając nadzieję, że lawiny i dziwaczne zjawiska atmosferyczne odpuszczą tym biednym ludziom.
Ulica przed naszym hotelem :(
A w ogóle zaczynam pracować nad składem tomiku wierszy Tamary Rzuchowskiej. Tamara jest mistrzynią formy. Za kilka tygodni będziecie mieć możliwość zakupu jej książki. To będzie hit roku - jestem zafascynowany. Wielbiciele poezji też będą. Obiecuję Wam to!

Dobra. Kończę, bo się rozpisałem. Dobrej niedzieli.