Ostatnie trzy dni wakacji spędziliśmy medytując, chodząc dookoła stupy i planując dalszą podróż. Pogoda - a w zasadzie anomalie pogodowe - nie sprzyjały dalekim, pieszym wycieczkom, dlatego też wykorzystaliśmy ten czas na wędrówki wgłąb siebie samych. Nie wiem jak Marcinowi, ale mnie samotność i odcinanie się od świata sprawia coraz większą przyjemność. Myślę, że długotrwałe odosobnienie, to tylko kwestia czasu... ale - jak to mówią: co ma wisieć nie utonie - nie będę zastanawiał się nad przyszłością.
Zamiast tego, opowiem Wam o Buddzie. Dzisiaj medytowaliśmy niedaleko Lotosowego Stawu, na środku którego znajduje się ogromna rzeźba, przedstawiająca Sidhartę Guatamę podczas medytacji, zanim osiągnął pełne urzeczywistnienie. Legenda mówi, że niedługo przed osiągnięciem oświecenia, podczas jednej z głębokich medytacji jakim poddawał się przyszły Budda, zaczął padać deszcz. Wtedy król nagów Muczilinda, pojawił się i osłonił go swoim ciałem, przed szalejącym żywiołem. Jest to powszechnie znana i lubiana bajka, ukazana także w filmie "Mały Budda", w reżyserii Bertolucciego. Fajny film - polecam.
Wracając do Buddy. Urodził się około 560 roku przed naszą erą, jako syn Siuddhodany i jego żony Mai. Powszechnie uważa się go za księcia - z całą pewnością przyszedł na świat w bardzo bogatej i wpływowej rodzinie - najprawdopodobniej nie był jednak następcą tronu. Tak czy inaczej dorastał w przepychu i beztrosce, która jednak nie dawała mu satysfakcji. Wymykał się więc z pałacu, by poznać "prawdziwe życie". Podczas wędrówek spotkał biednych, chorych i w końcu martwych ludzi. Poruszyło go to do tego stopnia, że postanowił porzucić wszystko i wyruszyć, by znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania. Plan swój zrealizował, mimo że niedługo przedtem poślubił swoją kuzynkę Jesiodarę, która powiła mu syna - Rahulę.
Początkowo poddawał się tak surowym umartwieniom, że przypłacił je prawie życiem. Gdy zbliżył się do granicy śmierci, zrozumiał, że droga skrajnych wyrzeczeń, jest tak samo niewłaściwa, jak życie w przepychu. Zaczął jeść, prowadząc życie pełne umiaru - współcześnie nazywamy to drogą środka. Na swojej drodze spotykał wielu nauczycieli, szybko jednak przerastał ich pod każdym względem, ciągle jednak nie dochodził do celu. W końcu, zmęczony ciągłą wędrówką usiadł pod drzewem figowym i obiecał sobie, że nie wstanie, dopóki nie znajdzie ostatecznej odpowiedzi na wszystkie pytania. Po siedmiu tygodniach medytacji okrył przyczyny cierpienia i poznał sposób, w jaki można je przezwyciężyć. Doznał pełnego oświecenia i jak wielu innych przed nim, osiągnął stan umysłu, jaki nazywamy Buddą.
Historia historycznego Buddy, jest bardzo typowa. Wielu młodzieńców w tamtych czasach opuszczało domy w poszukiwaniu "prawd", jednak tylko Sidharta osiągnął pełne urzeczywistnienie. Siła jego Nauk była tak wielka, że przynosi pożytek każdemu, kto ich zechce wysłuchać. Budda przekazywał wszystko, czego sam doświadczał, przez pięćdziesiąt lat. Jego Mądrość przetrwała do współczesnych czasów, dzięki czemu, możemy kroczyć tą samą ścieżką.
![]() |
| Na Lotosowym Stawie, wznosi się figura Buddy, osłoniętego ciałem kobry. |
![]() |
| Najlepsza knajpa w Bodh Gaya - Mahomet Restaurant. |
Chodząc wokół Mahabodi Temple, zobaczyliśmy reklamy, które rozwieszała pewna mniszka, jak się okazało później - Angielka. Z wielkim zainteresowaniem wypytałem ją o kurs, który będzie odbywać się w Bodh Gaya, pod koniec przyszłego tygodnia. Phowa - bo mowa o jednej z najrzadszych i najbardziej cennych buddyjskich praktyk świadomego umierania, czy przenoszenia świadomości po śmierci do czystej krainy - jest w obecnych czasach medytacją unikalną; niewielu nauczycieli ma przekaz. Razem z Kotem kilka razy braliśmy udział w kursach, za każdym razem osiągając pomyślny znak. Nasz rdzenny Lama Ole Nydahl, otrzymał przekaz od XVI Karmapy i podarował go dalej ogromnej ilości uczniów. Pamiętam jak za pierwszym razem, w Kucharach (w Polsce) chodziłem za Lamą i robiłem zdjęcia kolejnym osobom, patrząc z niedowierzaniem na znaki. Jestem z tych, którzy zobaczyć muszą. Dlatego zresztą jestem buddystą - nie muszę w nic wierzyć.
No właśnie... zapytałem mniszkę o znak powodzenia. Była szczera - Rinpocze zaleca praktykę przez dwa tygodnie po kursie, można dłużej. Podczas kursu wiele osób ma znak... prawie połowa! Razem z Marcinem zaczęliśmy sobie zdawać kim jest nasz Lama i jaką ma siłę. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jakie spotyka nas szczęście i jak rzadka okoliczność, obcowania z Kimś, kto jutro może się już rozpuścić i nie pojawić więcej na naszym horyzoncie. Będziemy więcej medytować - to najlepsze, co możemy zrobić. Wracając do znaku - przy Lamie Ole Nydahlu mają go wszyscy - jest nim kropla krwi na czubku głowy. Widoczna i nie wymyślona. Zrobiłem setki zdjęć!
![]() |
| Ulotka buddyjska z uroczą mapką. |
![]() |
| Ulica przed naszym hotelem :( |
Dobra. Kończę, bo się rozpisałem. Dobrej niedzieli.



