niedziela, 4 stycznia 2015

Wakacje - dzień 48

Dzisiejszej nocy udałem się na wakacje, podróżując po sennej krainie Laurena, złożonej z wielu malowniczych, górzystych wysp, usytuowanych niedaleko Grenlandii. Ludzie, których tam spotkałem byli wysocy, piękni i zdrowi a ich skóra błyszczała, jakby ich ciała zbudowane były z kryształów. Podobnie wyglądała roślinność. Wielobarwne kwiaty, mieniły się w promieniach słońca tysiącami kolorów. Woda była niespotykanie czysta i wydzielała zapach, który sprawiał mnie i Martinowi wielką przyjemność. Wszystko drgało - wiedziałem, że jest to nierzeczywiste, jednocześnie cieszyłem się, że się tam pojawiliśmy. Wydawało mi się, że sen trwał większość nocy. Długo rozmawialiśmy z mieszkańcami krainy, zwiedzaliśmy, oglądaliśmy rzeźby, ogrody, stawy pełne niesamowitych stworzeń. Wynajęliśmy nawet hotel z widokiem na piękne zielone góry, dotykające lazurowego nieba. Zjedliśmy smaczny posiłek, wykąpaliśmy się w kryształowo czystej wodzie, po czym odwiedziliśmy świątynię zbudowaną z samych diamentów. Następnie opuściliśmy ten piękny świat. Wtedy dopiero, powoli się obudziłem. Wiedziałem, że to nie był do końca sen... chciałbym go podarować Wam wszystkim. Może ktoś z Was zostanie zaproszony do Laureny?

W Bodh Gaya zanosiło się na poprawę pogody. Chmury co prawda zakrywały całe niebo, ale powietrze zaczęło pachnieć słońcem. Potwierdzały to prognozy pogody, pokazując żółtą kulę na niebieskim niebie. Zachęceni pomyślnymi znakami poszliśmy na śniadanie do Mahometa. Dzisiaj wybrałem semolinę na mleku, a Kot tybetańską "kaszkę mannę". W drodze powrotnej odwiedziliśmy jedną z tybetańskich świątyń, która jak do tej pory zawsze była zamknięta. Za bramą znaleźliśmy się w innym świecie: wysypane żwirkiem uliczki, zadbane trawniki i starannie przycięte żywopłoty, tworzyły atmosferę spokoju i bezpieczeństwa. Za zakrętem zobaczyliśmy ogromną, pozłacaną stupę, a dalej gompę (świątynię), która również była otwarta. Wewnątrz zobaczyliśmy typowy ołtarz: wielki złoty posąg Buddy, obok dwie mniejsze statuetki Bodhisattwów. Przed rzeźbami stał tron, z wielkim zdjęciem Dalajlamy. Naszą ciekawość wzbudziły jednak malunki na ścianach. Nie przedstawiały - jak zwykle wcześniej - scen z życia historycznego Buddy, tylko różne formy buddów i bodhisattwów w niezliczonych formach. Starałem się wszystko sfotografować, przechodząc na niedozwoloną, zamkniętą dla zwiedzających część świątyni. Nikt nas jednak nie pogonił, co więcej, za moim złym przykładem poszło kilku Tybetańczyków.
Jeden z setek malowideł ściennych w tybetańskiej świątyni w Bodh Gaya.
Na lunch zjedliśmy kluski z warzywami - wszystko gotowane. Ja poprosiłem o dodatkową porcję tofu, w którym ostatnio się rozkochałem. Z wiekiem zmieniają się smaki. Kot jest tego najlepszym przykładem, wcinając w Indiach rzeczy, na które nawet nie spojrzałby w domu. A teraz je wszystko, do ostatniego okruszka. Wynika to także ze zmiany, jaką świadomie wprowadziliśmy do naszych zwyczajów. Nie wyrzucamy i nie marnujemy jedzenia. W Londynie, każdego dnia wywalałem kilogramy zbędnego pożywienia. Gotowałem więcej, niż mogliśmy zjeść, przede wszystkim dlatego, że opakowania były zbyt duże. Tutaj zobaczyłem, że to co robimy w Europie jest karygodne. Dlatego nawet obierki, zamiast do kosza, wyrzucamy zwierzętom, które mogą skorzystać z niejadalnych dla nas resztek. Wyrzucając dzisiejszą porcję obierek i uszkodzonych owoców zrobiliśmy frajdę lokalnym dzieciakom. Gdy zobaczyły całe owoce, rzuciły się na nie, wyrywając je świnkom z pysków. Wkleiłem to zdjęcie na facebooku - wywołało niemałe poruszenie. Ale to nie jest tak. Większość źle to zinterpretowała. Te maluchy nie były głodne, tylko jak każde prawie dziecko - pazerne. Pomarańcze są tu dobre, słodkie i lubiane przez okoliczną społeczność. W Indiach nie daje się całych owoców zwierzętom, nawet gdy skórka jest uszkodzona. W Indiach ludzie nie głodują, dodatkowo dzielą się tym co mają ze zwierzętami. Trzeba tu jednak być, żeby to zrozumieć.
Marcin karmiący świnie i... dzieci.
Popołudnie spędziliśmy na terenie świątynnym. Słońce wyszło i wszystko dookoła zrobiło się znów przejrzyste. Ptaki zaczęły śpiewać jak oszalałe, psy przyjęły zwyczajowe, leniwe pozycje, a krowy rozwaliły dupska na rozgrzanym asfalcie, blokując uliczny ruch. Wszystko wróciło do normy. Pora sucha kojarzy się tutaj z odpoczynkiem - deszcz wszystko zaburzył.

Medytowaliśmy dość długo - do zachodu słońca. Ludzie wokół nas robili pokłony, kręcili młynkami, usypywali mandale z ryżu i kolorowych, plastikowych "klejnocików". Każdy atom wirował radością i był utrzymywany w całości przez miłość.

Medytacja to nie uśpienie umysłu lub nie myślenie o niczym. Brak myśli jest cechą kamienia - nie człowieka. Należy o tym pamiętać. Medytacja pozwala wyrobić dystans do myśli, emocji i zjawisk, które coraz rzadziej nas dotykają. W końcu, po latach codziennego siadania na poduszce, nawet najgorsze rzeczy nie ranią nas tak dotkliwie. Rezerwa do świata i tego co przeżywamy, pomaga nam być coraz bardziej świadomymi i widzieć świat takim, jaki jest naprawdę, a nie w kolorze naszych aktualnych emocji. Pisze to dlatego, że kilka osób pytało...
Poza medytacyjna, przed prawdziwą medytacją :)
Wieczorem w Mahomecie pozwoliliśmy sobie na dwie kawy i dwa czekoladowe torty. Pycha! Musieliśmy się jednak nasmarować kremem przeciw komarom, bo przez te nietypowe deszcze insektów jest ponad miarę. Hindusi cały czas nas uspokajali, mówiąc, "że ich mało" - zamieściłem krótki film na naszym facebookowym profilu, komentując, że nie wyobrażam sobie czasu, gdy ich "dużo". Krem jednak kupiliśmy dobry - wampiry się do nas nie zbliżają.
Marcin i jego małe młyneczki.
Nastał późny wieczór. Pora kolacji. Idziemy - oczywiście do Mahometa :)
Dobrej niedzieli Ludzie! Dzięki za e-maile, komentarze i wiadomości.