wtorek, 20 stycznia 2015

Wakacje - dzień 63 i 64

Z Darjeelingu wyjeżdżaliśmy wzruszeni. Dziesięć dni w tym podniebnym raju, okazało się zbyt krótkim okresem czasu. Patrząc na białe szczyty Himalajów zjedliśmy syte śniadanie, przed dość długą i męczącą podróżą do Sikkimu. Nasze plecaki "przytyły" o farelkę, koce i kilka drobiazgów, co na dużych wysokościach, może być dużym problemem. Daliśmy jednak radę. Za 200 rupii od głowy wgramoliliśmy się do jeepa i ściśnięci jak sardynki zaczęliśmy zjeżdżać powoli w stronę przełęczy dzielącej Sikkim od reszty Indii.
Nasz środek transportu - "14-osobowy" pojazd :)
Gangtok ma tylko jedno połączenie drogowe z resztą kraju. Tym samym jest jednym z najtrudniej dostępnych miast na świecie. Droga jest wąska, stroma i niezbyt bezpieczna. Nagrodą za niewygody są piękne widoki i czyste powietrze. 
Jechaliśmy w dół wzdłuż rozległych pól herbacianych, kwitnących magnolii i rododendronów, od czasu do czasu mijając urocze, bardzo kolorowe wioski. Z każdym mijanym kilometrem temperatura powietrza podnosiła się o kilka stopni a krajobraz z wiosennego, zaczął przechodzić w letni. Opatuleni w bordowe kocyki i bluzy, mimo przeciągu zaczęliśmy się rozbierać, ściągając kolejne warstwy ubrań. W końcu zostaliśmy w koszulkach, trzymając na kolanach stertę ubrań.
Droga w dół.
Kierowca bezustannie trąbił, informując nadjeżdżające samochody o swoim położeniu. Zakręty tutaj mają minimum 90 stopni, zbocza gór zasłaniają widok, a drogi są szerokie na "półtora jeepa", tak więc tylko klaksony pozwalają przeżyć podróżującym. Nikt nie rozwija tutaj imponujących szybkości. Zarówno w dół, jak i w górę używa się napędu na cztery koła i jedzie trzydzieści, czasami czterdzieści kilometrów na godzinę. Czym wyżej, tym wolniej.
Po dwóch godzinach podróży, zrobiliśmy sobie krótką przerwę. Zatrzymaliśmy się w niewielkiej wiosce, nastawionej na oferowanie usług podróżnym. Wypiliśmy tam słodką herbatę z mlekiem i przyprawami oraz zjedliśmy po kilka suszonych śliwek i - jak się okazało w trakcie jedzenia - prasowanych ananasów, pochodzących z Chin. Początkowo zdziwieni, uzmysłowiliśmy sobie, że gigantyczne państwo znajduje się 20-kilometrów od miejsca, gdzie jedliśmy. Chińskie czy nie, owocowe słodycze były bardzo smaczne.
Chińskie słodycze.
Dalsza podróż była coraz bardziej męcząca. Robiło się coraz cieplej, ludzie kręcili się niespokojnie, próbując rozprostować nogi, co okazało się niemożliwe, bezustanne trąbienia i chrząkania kierowcy stały się irytujące. Dodatkowo dziewczynka siedząca obok nas wymiotowała do niebieskiej reklamówki, co nie poprawiało nikomu humoru. Bardziej jej jednak współczuliśmy, bo naprawdę się męczyła i z przepraszająco - zbolałą miną patrzyła na swoje stopy.
W końcu dojechaliśmy do granicy. Sikkim jest jednym z najmniejszych, ale najpiękniejszych stanów Indii. W wieku XIX był to protektorat brytyjski, czyli zależny od silniejszego państwa kraj, posiadający własne urzędy i administrację. Po II wojnie światowej Sikkim stał się niezależnym państwem posiadającym własnego króla, którego w 1975 roku obalono, a państwo przyłączono do Indii.
Obcokrajowcy potrzebują specjalnego zezwolenia, niezależnego od Indyjskiej wizy, które jednak łatwo uzyskać. Granicę wyznacza niezwykle zielona rzeka, po której przekroczeniu (mostem) należy zameldować się u sikkimskiego urzędnika. Pracownik graniczny wypytuje o cel podróży i po kilku uprzejmościach wpisuje kilkanaście danych personalnych do ogromnego zeszytu, w którym rubryki nakreślone są długopisem.
Podczas, gdy załatwialiśmy niezbędne formalności, reszta podróżnych rozprostowywała nogi. Niektórzy podskakiwali, inni biegali za potrzebą w krzaki, kierowca znudzony palił papierosa. Gdy weszliśmy z powrotem do auta, wnętrze okazało się jeszcze bardziej ciasne. Po godzinie dotarliśmy na miejsce.
Niezwykle zielona rzeka.
Hotel rezerwowałem jeszcze w Londynie. Zarówno w przewodniku, jak i w internecie pisano, że Gantok jest w styczniu bardzo zimnym miastem. Maksymalna temperatura miała dochodzić do zera za dnia i spadać do minus dwudziestu nocą. Zdecydowaliśmy się więc wynająć hotel ze średniej półki. Pokój przeszedł nasze oczekiwania. Przyzwyczajeni do indyjskich standardów, nie spodziewaliśmy się zbyt wiele - dostaliśmy apartament z pięknym widokiem, ciepłą wodą, wygodnym łóżkiem i wieloma wygodami, o których nawet nie marzyliśmy. Recepcjonista okazał się bardzo przyjemny a dwóch niskich chłopców "od wszystkiego" biegało koło nas, aż musieliśmy ich od siebie odpędzać. Miła odmiana.
Nasz pokój, zaraz po wejściu (teraz tak nie wygląda).
Samo miasto zaskoczyło nas jednak jeszcze bardziej. Położone na stokach kilku wzgórz, okazało się prawdziwą metropolią. Według przestarzałych informacji winno mieszkać tutaj 30-tysięcy mieszkańców; dodając do tego nasze wyobrażenia o jednym z najrzadziej odwiedzanych miast świata, spodziewaliśmy się uroczych, pokrytych śniegiem chatek.
Rumtek to 100-tysięczna perła Indii, składająca się z nowoczesnych willi i bloków. W centrum miasta znajdują się ulice handlowe, liczne bary, restauracje, kina i kawiarnie.
Gangtok.
Najbardziej przypomina nam Nagasaki. Ludzie są tu dobrze ubrani, wyrafinowani w smaku i stylu. Mężczyźni - w przeciwieństwie do Hindusów - mają męskie ruchy i nie wpatrują się w innych jakby zobaczyli ociekającego kremem ciasteczka, kobiety poruszają się z gracją i paradują po ulicach w szpilkach, czego nie widzieliśmy w żadnym indyjskim stanie. Nie ma żebraków i zwierząt, poza nielicznymi dobrze utrzymanymi kotami i psami, najczęściej noszącymi obroże.
Centrum miasta.
Wieczorem spragnieni rozrywki, udaliśmy się do jednego z okolicznych pubów. Urządzony w stylu tajskim, serwował tanie i dobre piwo. Brytyjska i amerykańska muzyka była przyjemną dla nas odmianą, uświadomiła nam jednak, że już długo podróżujemy. Nie rozpoznawaliśmy bowiem żadnych hitów.
Kingfisher jest najpopularniejszym, bardzo mocnym piwem w Indiach. W pubach spotyka się najczęściej jego wersję strong lub extra strong, która ma chyba ponad 9% alkoholu. Nazwa trunku pochodzi od występującego tutaj powszechnie ptaka, należącego do rodziny zimorodkowatych. Indyjski gatunek to łowiec krasnodzioby, o bajecznie błękitnym upierzeniu i długim ciemno-czerwonym dziobie. Ptaka widzieliśmy tutaj na żywo, wiele razy.
Chłodnym wieczorem, w Pedro, przy kufelku Kingfishera.
Wieczorem po piwie, poszliśmy do lokalnego fast-foodu. Sikkimczycy piją dość dużo, mówi się, że zbyt dużo. Wiele też jedzą. Jedzenie mają smaczne, wysoko kaloryczne, dostosowane do trybu życia. Zjedliśmy rodzaj naleśnika z serem i sałatkami. Wygłodniałym nam, wydawał się boski w smaku. Myślę jednak, że był zwyczajnym i tłustym "czymkolwiek".
Marcin w nocnej szybkiej restauracji.
Dzisiaj rano, nasze trzy hotelowe gwiazdki spowodowały, że dostaliśmy śniadanie do łóżka. Biedni chłopcy latali z parteru na piąte piętro ze srebrnymi tacami, nosząc nam ciepłe indyjskie placki, herbatę i kawę. Placki i sosy były pikantne tak, że oczy łzawiły, niemniej wszystko było smaczne.
Śniadanie do łóżka :)
Zaraz po śniadaniu poszliśmy zobaczyć pierwszą z wielu atrakcji w Gangtoku, oddaloną od naszego miejsca o niecałe trzy kilometry. Stupa Do Drul Chorten, wznosi się na wzgórzu i jest otoczona przez kompleks budynków klasztornych. Legenda głosi, że wzgórze nawiedzane było przez "złe siły" lub "wyjątkowo złego demona". Cokolwiek to było powodowało, że śmiałkowie mający czelność naruszać spokój tego miejsca - ginęli. Z powodu licznych strasznych i niewyjaśnionych śmierci, Lama Trulshig Rinpoche, wybudował tu olbrzymią stupę, otoczoną murkiem ze stu ośmioma młynkami modlitewnymi, na których wygrawerowano liczne mantry. Zabieg ten skutecznie przepędził demony, wzgórze stało się oazą spokoju - dba o to Vajrakilaya, gniewna forma jidama, który skutecznie niszczy przeszkody i wszystko co zagraża współczuciu lub rozwojowi duchowemu. Postanowiłem okrążyć stupę 27-razy. Czułem, jak ulokowane głęboko w moim umyśle, pokłady agresji rozpuszczały się w przestrzeni. Powtarzając mantry pomyślałem sobie, że tak często ludzie walczą ze złem - nienawiścią. A to uczucie tylko wzmacnia negatywne emocje. Używanie złości, agresji lub nienawiści jako broni do walki z negatywnościami przypomina próbę gaszenia ognia benzyną - zawsze przynosi odwrotny skutek. Wiem coś o tym. Jestem baranem i mam w sobie dużo ognia. Uspokajam się otulony ciepłem i zrozumieniem. Jeśli ktoś próbuje mnie przekrzyczeć, na chłodno uspokoić lub co gorsza zastraszyć, zawsze kończy marnie z popsutym humorem lub zraniony. Ta stupa jest dla mnie (niezależnie od prawdziwości legendy) przykładem, że tylko dobro zwycięża zło. Wiem, że brzmi to trywialnie, ale taka jest prawda.
Do Drul Chorten Stupa w Gangtoku.
Po pełnej skupienia i oczyszczeń "drodze" wgłąb siebie, wdrapałem się na wieżę (oczywiście nielegalnie) i zrobiłem kilka fotek. Z dołu wszystkie zdjęcia wychodziły źle, z czym nie mogłem się pogodzić. Następnie weszliśmy do nowej świątyni, zrobiliśmy kilka pokłonów przed ołtarzem i zaczęliśmy przyglądać się szczegółom. Obaj lubimy detale, dlatego uwiecznialiśmy je cyfrowym aparatem. Ku naszej radości wszystkiego mogliśmy dotykać, "badaliśmy" więc instrumenty i różne przedmioty, których nigdy wcześniej nie mieliśmy w rękach.
Jedno z dziesiątek zdjęć świątynnych detali.
Mnisi przyglądali się naszym wyczynom z rozbawieniem. Marcinowi najbardziej przypadła do gustu wielka muszla. Mnie bardziej podobały się "trąbki" wielu rodzajów.
Kot i muszelka.
Na dole, u stóp świątyni znajduje się Instytut Tybetologii (Namgyal Institute of Tibetology) i muzeum o imponujących, choć niewielkich zbiorach. Fotografowanie wnętrza jest surowo zakazane, dlatego jakość poniższych, nie jest imponująca.
Muzeum przy Instytucie Tybetologicznym.
W muzeum znajdują się liczne tanki przedstawiające życie historycznego Buddy, wiele statuetek przeróżnych form buddów, wiele starych rytualnych przedmiotów i maski. Największe wrażenie zrobiła na nas twarz Mahakali - naszego głównego strażnika. W typowej formie jest on koloru czarnego, co symbolizuje jego wszechogarniającą naturę. Kolor czarny bowiem wszystkie inne pochłania (absorbuje) - wszystko stapia się z czernią.
Jego "straszna" forma przepędza wszelkie przeszkody, które stają nam na drodze.
Maska Mahakali w muzeum w Gangtoku.
W drodze powrotnej wstąpiliśmy do marketu. Kupiliśmy kilka kosmetyków a na stoisku odzieżowym stwierdziliśmy, że moda tutaj jest dziwna. Podobały nam się koszule. chyba kupimy sobie kilka. Póki co jednak musimy wyrzucić lub oddać kilka zbędnych ubrań, żeby nabyć nowe. Plecak nie może już być cięższy.
Pierwsze piętro ogromnego domu towarowego. Moda męska.
Po zakupach poszliśmy na ciastko i kawę. Zapomniałem powiedzieć, żeby nie wkładali mi tortu do mikrofali i dostałem gorącą pulpę, polaną ciepłą czekoladą. A ja wolę zimne ciasta! Zrzędząc wkładałem do ust parujące ciastko, popijając słodkim cappuccino. Przy okazji obejrzeliśmy hinduski serial kryminalny. Chłopak został oskarżony o zamordowanie swojej babci. Z jego zeznań wynikało, że znalazł ją na łóżku z rozbitą głową, jednak na przedmiocie zbrodni - złotym świeczniku - znajdowały się jego odciski palców. W rozpaczy ojciec chłopaka usiłował popełnić samobójstwo, matka dostała ataku serca a siostra załamania nerwowego. Patrzylismy w ekran jak urzeczeni.

Wieczorem zrobiliśmy sobie po raz pierwszy sałatkę z pomidorów. Kupiliśmy kilo takich z krzaczka i dwie cebule. Do tego chlebek i tybetańskie masełko. Wszystko było pyszne. Mam nadzieję, że nasze żołądki nie oszaleją ze szczęścia - co się okaże jutro.

Wybieramy się do Rumteku. Musimy wstać wcześnie, bo transport chodzi tylko za dnia. To jedno z naszych marzeń. Drugie to podróż do trzech najbardziej niedostępnych i najwyżej na świecie położonych wiosek. Żeby tam jechać potrzebujemy wiele zezwoleń. Dodatkowo wycieczka jest bardzo droga i daleko przekracza nasz budżet. Mamy dylemat. Trzymać się finansowych założeń, czy realizować marzenia? Chyba wybierzemy to drugie.

Przepraszam za długość notki. Trzymajcie się Ludzie!