niedziela, 18 stycznia 2015

Wakacje - dzień 62

Ostatni dzień w Darjeelingu był prawie upalny. Obudziliśmy się w pokoju tak nagrzanym, że gębusie mieliśmy rumiane jak truskaweczki. Wodę z prysznica mieliśmy wrzącą, a gdy otworzyliśmy okno okazało się, że jest już ciepło. Kot poszedł na poranny spacer, ja usiadłem przy komputerze i zająłem się poprawianiem wstępu do książki Tamary, który wczoraj pisałem na gorąco. To będzie unikalny tomik - w całości złożony z tautogramów. Nadawałem mu wiele tytułów, ale "Alfabet Tamary", najbardziej przypadł mi do gustu i chyba najbardziej pasuje do wnętrza. 
Z zamyślenia wyrwał mnie Kot. Zadowolony powiedział, że jest pięknie i wyciągnął mnie na śniadanie.
Tom&Jerry był dzisiaj zamknięty, poszliśmy więc na kanapki do Tybetańczyków, na targ warzywny. Zjedliśmy podwójne kromki z białym, fermentującym serem, pomidorami, cebulą i marchewką. Po raz pierwszy jedliśmy warzywa ze skórkami. W Indiach powinno się parzyć wszystko co świeże i obierać ze skórki. Z drugiej strony, nie można wariować. Jemy przecież to samo co wszyscy inni. Tak czy inaczej kanapki były przepyszne. Rozochoceni zamówiliśmy jeszcze po omlecie z papryką i cebulą, a na deser tybetański chlebek z marmoladą. Nie wiedzieliśmy tylko, że wszystko będzie takie wielkie! Kot zjadł, ja nie dałem rady - przez kilka godzin czułem się przejedzony, tak samo jak po wczorajszej kolacji.
Buły po śniadaniu, przerosły moje możliwości.
Długo spacerowaliśmy. Ja - wściekły na siebie - prawie biegłem pod górę, Marcin sapał i gramolił się za mną. W końcu doszliśmy do wybudowanego na początku zeszłego stulecia parku, z którego widok powodował nasze kolejne westchnienia. Zielone wzgórza porośnięte niskimi krzaczkami herbaty, kontrastujące z różem kwitnących kwiatów na drzewach i bielą wznoszących się nad tym wszystkim Himalajów, powodowały zachwyt podobny do wzruszenia. 
A magnolie kwitną, leniwie rozpraszając delikatne zapachy wiosny.
Kwitnące magnolie.
Park utworzyli - jak prawie wszystko inne - Brytyjczycy. Ogrodzili murem, postawili liczne altanki, chodniki wyłożyli kamieniami, a zbocza krzewami. Gdy ten piękny kraj przeszedł w ręce Hindusów, zmarniał i pokrył się brudem. Rdzenni mieszkańcy nie dbają o przeszłość - są ignorantami. Widzieliśmy wiele bezcennych zabytków, niszczejących pod ich stopami. Upadające światy mają jednak swój urok. Umierające dusze miejsc promieniują gasnącym pięknem.
Zwyczajnie piękna, stara latarnia.
Wracając do centrum rozmawialiśmy o tym, to znaczy głównie mówiłem ja, a Kot słuchał. A gdy zauważyłem, że się rozgląda i po przepytaniu go, że nie wie dokładnie o czym mówiłem, nadąsałem się i wyzwałem go od "głupich". Dałem się jednak przeprosić i dalej w dobrym humorze poszliśmy do imponująco wyglądającego kościoła.
Stoi on na wzgórzu i jest widoczny z każdego miejsca w mieście. Ciepłe, żółte ściany wydają się lśnić na bezkresnym błękicie nieba i soczystej zieleni  trawy. Dzisiaj brama w końcu była otwarta - zaczęliśmy wspinać się po schodach.
Fragment kościoła.
Świątynia ma prawie dwieście lat. W okresie swojej świetności musiała przyciągać setki wiernych - świadczą o tym rozmiary wnętrza i ilość ławek. Dzisiaj kazania słuchało kilkanaście kobiet i niewielu mężczyzn. Byli wśród nich Hindusi, Chińczycy i kilku skośnookich wiernych o ciemnej karnacji. Pastor stał w ambonie i wymachując rękoma krzyczał coś po chińsku. Wszystko to razem wyglądało niezwykle zabawnie. 
Parafia skromna. W kuchni krzątała się jakaś Chinka, ubrana w strój tybetański. A na dachu powiewała indyjska flaga.
- Dziwny, pomieszany sen - pomyślałem. Chwilę później, Marcin powiedział to samo.
Antena i psy.
W największe zdumienie wpędziła nas antena satelitarna, pod którą bawiły się psy. Suka uwiązana do anteny, była pierwszym psem w niewoli, jakiego zobaczyłem w tym kraju. 

W końcu, gdy strawiliśmy trzy śniadania, poszliśmy na deser. A później do kawiarni internetowej, wydrukować kilka niezbędnych dokumentów. Przy okazji zaczęliśmy planować dalszą podróż i tak zeszły nam trzy godziny. A teraz już noc. Gwiazdy tutaj są lepiej widoczne niż w Europie. Przez chwilę w nie popatrzmy, a później siedząc na wygodnej sofie obejrzymy sobie jakiś film, który dostaliśmy w prezencie od Magdy z Kalkuty :)
Dobrego dnia i nocy Kochani!

***
PS. Kilka dni temu zwiedzaliśmy świątynię Kalu Rinpocze w Sonadzie. Jeśli jesteście zainteresowani, tutaj znajduje się nasz krótki, prywatny film.