poniedziałek, 2 lutego 2015

Wakacje - dzień 75,76 i 77

Miniony weekend był ostatnim w Gangtoku. Dzisiaj - w poniedziałek - upływa data ważności naszej wewnętrznej wizy. Trzeba jechać dalej. W Sikkimie obcokrajowcy mogą przebywać maksymalnie 2-miesiące. W celu przedłużenia wizy, należy udać się do Urzędu Miasta, gdzie można otrzymać kolejne 2-tygodniowe zezwolenie pobytowe. Zobaczyliśmy jednak wszystko to, co planowaliśmy i nieco zmęczeni chłodem, postanowiliśmy opuścić ziemię Padmasambhavy z poczuciem niedosytu.
Padmasambhava jest znany również jako Guru Rinpocze
Padmasambhava.
Urodził się w VIII wieku naszej ery i przeniósł pełny przekaz nauk buddyjskich na teren Tybetu, Sikkimu i Bhutanu. W Tybecie założył klasztor Samje - który w chwili obecnej znajduje się na terenie Chin - ale co najważniejsze, utworzył pierwszą grupę praktykujących Wadżrajanę, czyli kierunku w buddyzmie, który związany z praktyką tantr.

Nauki przekazywane są od czasów Buddy, w nieprzerwanej linii: od nauczyciela do ucznia. Wadżrajanę - kierunek, którym podążamy razem z Kotem - nazywa się potocznie Diamentową Drogą, w której najważniejszą rzeczą jest rola duchowego nauczyciela - Lamy. Lama jest zwierciadłem i drogowskazem. Bez niego szybki rozwój jest bardzo trudny, o ile w ogóle możliwy. Diamentowa Droga kładzie największy nacisk na uzyskanie wglądu wolnego od dualistycznych wyobrażeń i konceptualnych poglądów, oraz na działalność dla dobra wszystkich istot. W wielkim skrócie chodzi o to, żeby nie dzielić świata na "ja" - "nie ja", albo na "lubię" - "nie lubię" itd. Nie należy żyć przeszłością, ani przyszłością - życie dzieje się bowiem w "tu i teraz" i tylko w czasie teraźniejszym możemy robić cokolwiek - na przykład być szczęśliwym. Ale wróćmy do naszych wakacji :)

Zarówno w sobotę, jak i przypadkowo w niedzielę poszliśmy do Białego Pałacu. Wspinając się za pierwszym razem myśleliśmy, że odwiedzimy zamek królewski. Sikkim miał bowiem do niedawna króla, którego podobiznę można zobaczyć niemal wszędzie. Zdetronizowany pozostał w sercach ludzi swojego pokolenia. Kraj przyłączając się do Indii, w dużej mierze z powodu obawy wchłonięcia go przez agresywne Chiny, nie mógł pozostawić monarchy na tronie. Nie zobaczyliśmy jednak królewskiego domu...

Biały Pałac to przepiękna świątynia "długiego życia". W środku znajduje się ogromna statuetka Padmasambhavy, po jego prawej stronie stoi imponujących rozmiarów posąg Tshepame - buddy długiego życia, a po lewej ogromna złota rzeźba Białej Tary - żeńskiego aspektu buddy przedłużającego młodość i życie - na którą od lat medytuję. Biała Tara jest moim aspektem, z którym każdego dnia się łączę, powtarzając setki razy jej mantrę. Gdy zobaczyłem gdzie się znalazłem, zrzuciłem kurtkę i rzucając się na ziemię, zacząłem robić pokłony.

Biała Tara.
Wnętrze otworzono nam "w drodze wyjątku" i "na chwilę". W środku nie wolno robić zdjęć, rozmawiać i siadać na poduszkach. Po trzydziestu minutach mojej "gimnastyki", stwierdzono że nie ma sensu czekać i pozostawiono nas samych. Dokończyłem praktykę i później mokry, usiadłem na miękkiej poduszce i rozpocząłem medytację. Kot w tym czasie zrobił fotki i wyszedł na zewnątrz, pobawić się z psami. Trochę zły na niego, kazałem mu chodzić wokół świątyni i powtarzać mantrę, a gdy skończyłem, dołączyłem do niego i pilnowałem, żeby wymówił ją prawidłowo 108-razy. Tak już mamy i dobrze nam z tym.

W niedzielę trafiliśmy do Białego Pałacu od drugiej strony, zupełnie się tego nie spodziewając. Będąc na spacerze, weszliśmy do najdroższej kawiarni w mieście. Gdy zobaczyliśmy ciastka i rodzaj serwowanych kaw, bez zastanowienia usiedliśmy przy stoliku. Zadzwoniłem do mamy i oczywiście ją obudziłem. Gdy jestem podekscytowany zapominam o różnicy czasu. Jedząc ten najsmaczniejszy w życiu smakołyk, opowiadałem jej co czuję, chyba przez pół godziny. Kot mlaskał i w zachwycie, spożywał je w milczeniu. 
Niebo w gębie.

Gdy już nacieszyliśmy wszystkie zmysły, poszliśmy tam, gdzie jeszcze nie byliśmy. Wspinaliśmy się przez dłuższy czas starymi, porośniętymi trawą i mchem schodami, wzdłuż niezliczonej ilości modlitewnych flag. Czym wyżej byliśmy, tym piękniejszy widok rozpościerał się przed nami: herbaciane wzgórza, leśne pagórki i schodkowe pola uprawne we wszystkich odcieniach zieleni. W wielkim uniesieniu weszliśmy na szczyt, na którym wznosiła się dumnie, znana nam świątynia.
Om Mani Peme Hung.

Usiedliśmy na trawniku, wyciągnęliśmy z plecaka mapy, przewodnik, zeszyt oraz długopisy i zaczęliśmy pracować, nad naszą dalszą wędrówką. Wbrew pozorom, planowanie podróży nie jest takie proste. Przede wszystkim trzeba wiedzieć, co się chce zobaczyć i jak spędzić wolny czas. W Indiach można wpaść w takie bagno, że depresja murowana. Znamy wiele osób, które znienawidziły ten kraj, bo nie zrobiły właściwego planu. A Indie potrafią objawiać się jako niebo - wystarczy wiedzieć czego się chce i realizować marzenia.
Odbyliśmy też długą rozmowę. Jestem świetnym organizatorem, Kot natomiast potrafi perfekcyjnie realizować zaplanowane detale. Czy organizowanie wycieczek do najpiękniejszych miejsc na świecie jest możliwe? Takie zajęcie byłoby spełnieniem naszych marzeń! Za kilkadziesiąt godzin będziemy w Delhi i chyba przy okazji wybierzemy się do prawnika - nie pogryzie nas; najwyżej powie, że to trudne (bo przecież nie ma rzeczy niemożliwych).

Wieczorem, gdy przyszliśmy do hotelu z ogromnymi zakupami i głową pełną marzeń i planów, zastaliśmy nadąsanego patrona nad świeczkami. Okazało się, że robotnicy na cały dzień wyłączyli światło. Zostawiliśmy wszystko i poszliśmy na piwo - nie mieliśmy ochoty słuchać zrzędzeń właściciela. Trafiliśmy oczywiście na karaoke. Chłopcy przechodzili samych siebie - nie dało się tego słuchać na trzeźwo; dziewczyny zazwyczaj śpiewają, jak potrafią. Faceci nie. 
W nocnym klubie :)
Piwo "wchodziło" jak nigdy. Po kilku poszliśmy coś zjeść, a po kolacji zmieniliśmy lokal i siedzieliśmy tam do zamknięcia. Zmarznięci weszliśmy do rozświetlonego hotelu - rubaszny patron pomachał nam uśmiechając się jak rozjechana żaba i zamknął drzwi na klucz. Nasza kochana farelka rozgrzała apartament w pięć minut. Dzięki temu mieliśmy spokojną i pełną pięknych snów noc - Kot opisał swój na facebooku.

Wyjeżdżać było trudno. W Sikkimie jest jak w niebie. Wszystko czyste, bezpieczne i zdrowe. Poszliśmy jednak na przystanek w dobrych humorach - nasze "tu i teraz" było równie ciekawe jak wszystkie wcześniejsze momenty. Wybraliśmy "ekonomiczny" autokar. Nasze doświadczenia z luksusowymi nie są bowiem zbyt dobre. W Nepalu, nasz wypasiony bus złapał gumę, opona eksplodowała i cudem uniknęliśmy interesującej przejażdżki w przepaść, to samo wydarzyło się w drodze z Grenoble do Monachium. Zwykłe jadą wolniej, ale dojeżdżają zgodnie z planem. Tak samo było dzisiaj. Po całkiem wygodnej pięciogodzinnej "wstrząsającej" podróży, dojechaliśmy do Siliguri - brudnego i zatłoczonego miasta, w którym robi się tanie żywnościowe zakupy, lub przesiada z pociągu do autokaru jadącego w stronę gór.
Ekonomiczny autobus :)
Zostajemy tu na noc. W hotelu odkryliśmy chmarę komarów. Musieliśmy kupić "zabijacze na prąd", które tutaj nazywają się "Good Night" - urocze. Miasto graniczy z Assamem - rejonem w którym zagrożenie malarią jest największe w Indiach. Komary są agresywne i przenoszą wiele chorób - miasto oferuje im najlepsze warunki do rozwoju. Pełno tu bagnisk, brudnych i śmierdzących wód, studzienek oraz ścieków. Wszędzie walają się śmieci - królestwa chorych psów, szczurów i karaluchów.
Sto dwadzieścia jeden kilometrów - jeden kraj, podzielony przez cały wszechświat. Smutne, że Hindusi nie dbają o swój dom. A może dbają, tylko w przeciwieństwie do Sikkimczyków, po prostu lubia taplać się w gównie? Muchy tez tak mają...

Zamknęliśmy swój świat w pokoju. Słuchamy angielskich piosenek płynących z telewizora - fajne kawałki puszczają. Kot przygotowuje pyszności: mamy pomidory, paprykę, cebulę, owczy ser, cudowny tybetański chlebek i ręcznie robione masło o smaku kremu z nieba. Kobiety w Sikkimie robią je z mleka, bez żadnych dodatków. Przechowują je w świeżych liściach - na straganach kupuje się takie zielone paczuszki związane naturalnym sznurkiem. Nigdy nie czułem się bliżej natury.
Masełko :)

Jutro jedziemy do Delhi. Przed nami 25 - 30 godzin jazdy. Trzymajcie się ciepło :)