czwartek, 5 lutego 2015

Wakacje - dzień 78 i 79

Podróżowanie po Indiach to fascynująca i wyczerpująca zabawa jednocześnie. Szczególnie męczące jest pokonywanie dużych dystansów. Pociągi bowiem zawsze są opóźnione, zatłoczone i dzięki temu - od połowy drogi - brudne i śmierdzące.

W New Jalpaiguri pozostaliśmy tak krótko, jak tylko możliwe. Rano, przy porannej toalecie zobaczyłem, że twarz i włosy mam czarne, jakby były pokryte sadzą. Wnętrze nosa i uszu - w jeszcze gorszym stanie. Nie zdziwił mnie więc nasz kaszel. Zjedliśmy porządne śniadanie i zamówiliśmy rikszę. Młody chłopak, za 20 rupii zawiózł nas pod dworzec. Tam dopadły nas dzieci. Były tak natarczywe, że musiałem jedno przełożyć przez kolano i zbić. Okropnie się z tym czułem - nie chodzi mi o klapsy, tylko o fakt, że te bobasy, maksymalnie 6-letnie trzeba odrzucać jak muchy. Niektórzy je kopią. A to przecież dzieci. Dawanie im pieniędzy nikomu nie pomaga - lokalne mafie zabierają im utarg. A podarowanie ciastek powoduje, że nie odczepią się już do końca świata.

Pociąg się spóźniał. Tylko dwie godziny - jak na indyjskie warunki - niewiele. Poszliśmy więc do przydworcowej jadłodajni na wczesny obiad. Właściciel przegonił chmarę brzdąców kijem, a my próbowaliśmy to jakoś przełknąć. Wierzcie mi - to nie jest wcale łatwe.

I nagle zmniejszono opóźnienie.Zdarzyło się to po raz pierwszy. Pobiegłem na szybkie zakupy na straganach, a później cali mokrzy wdrapaliśmy się po schodach na mostek pomiędzy peronami. Pociągu nie było. Co pięć minut zmieniano godzinę jego przyjazdu i tak upłynęło nam kolejne 60-minut. 

W końcu przyjechał. Hindusi zachowują się inaczej niż my. Do metra, autobusu i pociągu wchodzą, nie zważając na wychodzących. Za każdym razem ma miejsce przepychanka, czasami walka, czemu towarzyszy mnóstwo krzyku. Początkowo bardzo nas to denerwowało, teraz robimy tak samo. Jesteśmy więksi, więc jest niezła zabawa. 

W końcu dotarliśmy na nasze miejsca. W klasie sleeper nie ma przedziałów. W każdym wagonie znajduje się po 72-leżanek. Układ jest podobny do polskich kuszetek, z tą różnicą, że nie ma drzwi. Przez cały czas podróży panuje tutaj gwar, bez przerwy pojawiają się sprzedawcy, najczęściej oferujący napoje i ciepłe posiłki. Całkiem smaczne i chyba bezpieczne, bo jak do tej pory, nie mieliśmy po nich żadnych problemów.

W trakcie jazdy, pociąg był coraz bardziej opóźniony. Początkowa ekscytacja widokami zamieniła się w znudzenie, a później w rozdrażnienie.  Rozbolała mnie głowa (co mi się raczej nie zdarza), później zrobiło mi się niedobrze, a kark mi zesztywniał tak, że nie mogłem nim ruszać. To samo dopadło Kota. Po 20-godzinach kręcenia się na twardej leżance bolały nas wszystkie mięśnie. Kolejne 20-godzin było już piekłem. 

Pociąg ruszał i stawał, ruszał i stawał, ruszał i stawał... A ludzie wychodzili, spacerowali a nawet brali prysznice na stacjach, pomiędzy torami...

Przygotowani na 30-godzinną podróż, ciężko znieśliśmy wielogodzinne opóźnienie, ale daliśmy radę. Jesteśmy już w naszym starym hotelu w Delhi. Z radością poszliśmy na kolację do miejsca, w którym wszyscy nas poznali. Od matrony hotelowej dostaliśmy zaś czystą pościel i dodatkowe koce. Czujemy się jak w domu!
Dobrej nocy :)