W piątek wstałem przed siódmą. Słońce właśnie wzeszło - świat przez chwile miał barwę różową, później pomarańczową, aż w końcu przybrał zwyczajny, pozbawiony "filtra" wygląd. Nie chciało mi się wracać do pokoju - wziąłem siatkę i udałem się do marketu, chyba po raz pierwszy oglądając jak miasto budzi się ze snu.
Gdy wróciłem, Kot zadowolony krzątał się po "kuchni". Zrobił herbatę, sparzył pomidory i przygotował talerze; ja zająłem się przygotowaniem i gdy śniadanie było gotowe, rozłożyliśmy koc na dachu, urządzając sobie poranny piknik. Niewolnik hotelowy ukucnął obok i wpatrywał się jak jemy. W końcu poczęstowałem go chlebkiem z masłem i serem. Jadł, a na jego twarzy malowało się szczęście.
Na deser zjedliśmy owoce. Po raz pierwszy kupiliśmy cherimoya, owoc o polskiej nazwie fleszowiec peruwiański. Już kilka tygodni temu, dziewczyny z polskiej grupy, którą spotkaliśmy w Delhi, przekonywały nas do tego przysmaku - okazał się pyszny, aksamitny w smaku, mocno słodki i niezbyt soczysty. Świetnie komponował się z drugim rarytasem - tanią i powszechną w Indiach - Guavą, nieco cierpką i lekko kwaskowatą. Marcin zrobił konkurs: zamieścił zdjęcie i zapytał o nazwy owoców. Wygrał Michał Siuta, do którego w nagrodę poleciała słodka pocztówka.
 |
| Fleszowiec peruwiański (szyszka) i guava w plasterkach. |
A potem poszliśmy z nowo poznanymi znajomymi na spacer. Ponieważ byli zmęczeni hałasem i chaosem, pokazaliśmy im nasze Delhi: spokojne, zielone i czyste. Chodząc poznawaliśmy się, prowadząc coraz bardziej prywatne rozmowy. Z całą pewnością łączy nas pasja podróżowania. Kasia pracuje w firmie turystycznej, chłopaki mają wolne zawody - wszyscy mogą pozwolić sobie na długie wyjazdy. Razem z Kotem doszliśmy do wniosku, że najciekawszych ludzi poznaje się w drodze. Może dlatego, że to ludzie wolni, z dużą przestrzenią w głowie, których nie interesuje materialna część życia bardziej, niż to konieczne.
 |
| Konrad, Kasia, Marcin i Bogdan pod India Gate. |
Wieczorem staraliśmy się poszaleć, co nie było proste. W sobotę odbyły się w Indiach wybory, w związku z czym wprowadzono całkowity zakaz sprzedaży i spożywania alkoholu. Hindusi mają jednak wiele twarzy, a dulszczyzna jest tu cechą nadrzędną. Początkowo próbowaliśmy zamówić jakikolwiek alkohol oficjalnie, spotykając się wręcz z oburzeniem. I w końcu Bogdan, na ulicy, teatralnym szeptem zapytał sprzedawcy papierosów, czy nie mógłby nam - biednym turystom pomóc... Pomógł. Zaprowadził nas do restauracji, w której wszyscy pili ogromne kawy. Zdziwieni usiedliśmy przy niewielkim stoliku. Po chwili pojawił się 60-letni Hindus i zapytał po polsku, jaki alkohol chcemy kupić. Zamówiliśmy piwo i po chwili sączyliśmy je przez słomki, dołączając do ogólnej maskarady. Na koniec zamówiliśmy whiskey i wróciliśmy do hotelu.
 |
| Uczestnicy maskarady: Marcin, Bogdan, ja, Kasia i Konrad. |
Dzisiaj obudziłem się pierwszy. Z radością stwierdziłem, że nie doświadczyłem kaca, a jedynym skutkiem wczorajszego imprezowania jest "oddech smoka". Zrobiłem sobie herbaty i zwlokłem Kota z wyrka. Poszliśmy na śniadanie - niestety dzisiaj całe miasto zamarło i wszystko było zamknięte. Opustoszałe ulice wyglądały dziwacznie. New Delhi bez chaotycznego tłoku, hałasu i pomieszania wygląda okropnie. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na fakt, w jak opłakanym stanie znajdują się budynki. Wszystko stoi tu "z przyzwyczajenia" i z całą pewnością wymaga natychmiastowego remontu - dzisiaj było to bardzo widoczne.
Na każdym rogu opustoszałych uliczek stały patrole policyjne lub wojskowe. Uzbrojeni mundurowi wzbudzali być może respekt wśród swoich - biali patrzyli na nich z rozbawieniem, lub przerażeniem. Przede wszystkim dlatego, że nie bardzo potrafili trzymać karabiny. Wypadały im z rąk, a czasami podpierali się nimi jak laską. Zdarzało się, że zostawiali je i odchodzili... Poza tym, ich obecność była zbędna. Widać, że się nudzili.
 |
| Znudzona policja. |
Co kilkadziesiąt metrów ustawione były stoliki. Lokalni mieszkańcy podchodzili do nich, pokazywali dokumenty i przez chwilę rozmawiali z osobą siedzącą za biurkiem, która coś notowała. Nie było żadnych urn ani ochrony. Żołnierze patrzeli w niebo, siedzieli na murkach lub - zupełnie niezainteresowani czymkolwiek - czyścili sobie paznokcie. Ale przecież nie wszystko na świecie muszę rozumieć.
 |
| Komitet wyborczy. |
Po długim poszukiwaniu miejsca z jedzeniem, trafiliśmy do restauracji na tarasie widokowym w centrum
Pahar Ganj (czyt. pahargandż). Zamówiliśmy
amerykańskie śniadanie, na które składały się: cztery tosty, smażony pomidor, zimne smażone ziemniaki z cebulą, pierś z kurczaka na ostro, masło, dżem, miód, biała fasola w sosie pomidorowym i kawa. Hindusi mają wyobraźnię - tego nie można im zabrać!
Najedzeni pojechaliśmy do "wioski"
Haus Khaz, bogatej dzielnicy w centrum. Jest to miejsce pełne kawiarni, dyskotek i restauracji. Hindusi od stóp do głów ubrani w markowe, drogie ciuchy przechadzają się wolnym krokiem cicho między sobą rozmawiając. Biali łażą ubrani jak "lumpy", co jest rzeczą normalną i powszechnie akceptowaną. Ten nasz "ekscentryzm" nie wpływa na ich ocenę - wszyscy tu widzą w nas milionerów. Być może rozumieją, że turyści biorą tu ubrania do wyrzucenia, z wielu (przynajmniej dla nas) zrozumiałych powodów.
Za częścią handlową znajdują się interesujące ruiny, o które nikt niestety nie dba. Jest tez kilka parków, spacerowych alejek i jezioro o zielonym kolorze wody. Panuje tu spokój i niczym niezmącona cisza.
 |
| Nowe spodnie |
Spędziliśmy tam wiele godzin, wspinając się na ruiny starodawnych budowli. A później zamówiliśmy lunch - noodle z kurczakiem w sosie chili, którym podzieliliśmy się z wiewiórkami. Zupełnie przypadkowo zgubiliśmy kilka klusek i zauważyliśmy, że wiewiórki rzuciły się na nie. Byliśmy zaskoczeni, bo posiłek był wyjątkowo ostry. Baliśmy się, że zaszkodzi pasiastym gryzoniom. Ale nie. Zbliżyły się do nas i patrzyły na miseczki pełne jedzenia. Daliśmy im trochę, a one wdzięcznie jadły i pozowały do zdjęć.
 |
| Wiewiórka jedząca ryżowe kluski w sosie chili. |
W drodze powrotnej nakarmiliśmy świnki morskie i króliki.
 |
| Kot i królik :) |
Po osiemnastej, życie wróciło do normy. Żołnierze zniknęli z ulic, uprzątnięto stoliki i otwarto wszystkie lokale. Do miasta wrócił harmider.
Pogadaliśmy z chłopakami, którzy jutro o szóstej rano lecą do Bangkoku. Asia już dzisiaj odleciała do Bombaju. A my jeszcze dwa dni będziemy w stolicy, a we wtorek rano ruszamy do Kerali - jednego z najgorętszych stanów tego wielkiego kraju.