czwartek, 5 lutego 2015

Wakacje - dzień 80

Dzień zapowiadał się pięknie. Gdy otworzyłem drzwi wyjściowe na hotelowy taras, poczułem przyjemny zapach późnej wiosny. Nocny chłód, który ukrył się w cieniu, mieszał się z rozgrzanym już promieniami słońca powietrzem, zapowiadając gorący dzień. Marcin wtulony rozkosznie w poduszkę spał, postękując cicho. Patrzyłem na niego z mieszanymi uczuciami, spać bowiem nie znoszę i nie rozumiem ludzi, którzy lubią przebywać w stanie pół-śmierci dłużej, niż to rzeczywiście konieczne. Poszedłem do marketu na zakupy, a gdy wróciłem, zastałem zadowolonego Kota sparzającego pomidory i cebulę.
Zrobiliśmy sobie piknik na tarasie: herbata, pomidory z czerwoną cebulą, ser biały z bawolego mleka, masło i okrągłe chlebki z kminkiem i ziołami. Wszystko pyszne, chociaż kupując ser dzień wcześniej mieliśmy małe obiekcje - zawinięty w niezbyt czystą szmatę i krojony nożem, który być może nigdy nie był myty, kuł nasze oczy wyobraźni. 

Po posiłku Marcin postanowił zrobić przepierkę, ja zaś pojechałem do Ambasady wyrobić sobie nowy paszport, bo ważność teraźniejszego wkrótce dobiegnie końca. Poszedłem więc na metro, wydałem 12-rupii na plastikowy żeton i wymacany przez indyjskiego policjanta stojącego na straży bezpieczeństwa pasażerów, wskoczyłem do wagonu.
Podróż kolejką podziemną w New Delhi, należy do przyjemności. Pociągi odjeżdżają co kilka minut, są punktualne, czyste i klimatyzowane. Elektroniczna informacja jest dostępna w wielu językach, a mapa połączeń tak czytelna, że nie sposób zabłądzić.
Wnętrze metra w New Delhi.
Gdy wyszedłem na zewnątrz, było już upalnie. Uderzył mnie zapach kwitnących drzew i kwiatów. Poczułem przypływ radości i podskoczyłem sobie kilka razy, wzbudzając zainteresowanie rikszarzy. Zaczęli mnie małpować i gestem rąk zapraszać do niezliczonych riksz. Pokręciłem głową i korzystając z mapy w komórce, poszedłem na nogach. Po drodze wstąpiłem do fotografa, który zrobił mi w miarę przyzwoite zdjęcie, następnie wyciągnąłem stosowną ilość pieniędzy z bankomatu i zapukałem do bram ambasady.
Otworzył ochroniarz o wyglądzie przypominającym typowego zabójcę z jakiegoś sensacyjnego filmu. Był jednak na tyle przystojny, że chcąc nie chcąc, zacząłem się uśmiechać, mówiąc głosem milszym, niż mam w rzeczywistości. Odwzajemnił uśmiech i zaprosił mnie do środka. Byłem jedynym interesantem. Nie zdarza się bowiem często wyrabiać paszport w Indiach. Pani w okienku - wyjątkowo miła - powiedziała, że niestety muszę iść do fotografa jeszcze raz, bo twarz musi zajmować siedemdziesiąt procent obszaru. Wziąłem karteczkę z adresem i pomaszerowałem do centrum handlowego, w którym głucho-niemy Hindus robił zdjęcia.
Studio przypominało czasy, których nie pamiętam, a tylko znam z filmów. Posadzono mnie na drewnianej ławie i kazano wpatrywać się w lampę, od której łzawiły mi oczy. Wyszedłem taki spłakany, czerwony z większym niż w rzeczywistości nosem. Hindus był jednak zadowolony. Cóż więc mogłem zrobić? Z dusza na ramieniu wróciłem do okienka.
- Niech się pan nie przejmuje - powiedziała pani konsul, jakby zgadła moje myśli, albo zobaczyła, że zdjęcie jest naprawdę straszne - ostatnio jak mi robili fotografię, wyglądałam jakbym była chora.
Z przyklejonym uśmiechem podpisałem resztę dokumentów, pozwoliłem pobrać sobie odciski palców i dokonałem wpłaty. Wychodząc popatrzyłem na ochroniarza i zabiwszy nieprzyzwoite myśli, wyszedłem na rozgrzaną słońcem ulicę.
Studio fotograficzne.
W Delhi jest teraz jak pod koniec kwietnia w Polsce - właśnie najbardziej lubię taką pogodę. Nie jest jeszcze zbyt gorąco, można jednak chodzić w krótkim rękawku. Słońce wschodzi o siódmej rano i zachodzi o osiemnastej. Wieczorem trzeba włożyć przewiewną bluzę, lub bezrękawnik - temperatura spada bowiem do 15-17 stopni. Za kilka dni jedziemy w dół, na dalekie południe, gdzie panuje wieczne lato - dobrze, że pomiędzy mroźnymi Himalajami a tropikalną częścią tego wielkiego kraju, zrobiliśmy sobie krótka przerwę, gdzieś pomiędzy ekstremalnymi strefami pogodowymi.
Ulica w dzielnicy instytucjonalnej.
Gdy wróciłem do hotelu, Marcin jeszcze prał. Jak tylko jednak wszedłem, zrobił sobie przerwę i opowiedział mi o wszystkim, co się wydarzyło i czego się dowiedział. Spotkał trójkę Polaków podróżujących razem od jakiegoś czasu po Azji - dziewczyna wraca jutro do kraju, chłopaki lecą do Tajlandii. Nasza matrona hotelowa powiedziała mu, że jest wybitnie piękny i dała mu rabat na usługi pralnicze, dodatkową kołdrę, różową miskę i nowy, zielony, plastikowy pojemnik do sparzania warzyw i owoców. Był na kawie, zjadł czekoladowego batonika oraz posprzątał publiczną łazienkę. Wszystko to wyrzucił z siebie jednym tchem i zadowolony poszedł kończyć pranie.

Resztę dnia spędziliśmy razem. Na obiad poszliśmy do znanej nam knajpy, a potem na spacer, podczas którego zrobiliśmy plany zakupowe. Potrzebujemy kilku przewiewnych ubrań, nowe buty, okulary przeciwsłoneczne i kilka kosmetyków.
A teraz czas na relaks. Może piwo :)
Ktoś chętny?