Dzień zapowiadał się pięknie. Gdy otworzyłem drzwi wyjściowe na hotelowy taras, poczułem przyjemny zapach późnej wiosny. Nocny chłód, który ukrył się w cieniu, mieszał się z rozgrzanym już promieniami słońca powietrzem, zapowiadając gorący dzień. Marcin wtulony rozkosznie w poduszkę spał, postękując cicho. Patrzyłem na niego z mieszanymi uczuciami, spać bowiem nie znoszę i nie rozumiem ludzi, którzy lubią przebywać w stanie pół-śmierci dłużej, niż to rzeczywiście konieczne. Poszedłem do marketu na zakupy, a gdy wróciłem, zastałem zadowolonego Kota sparzającego pomidory i cebulę.
Zrobiliśmy sobie piknik na tarasie: herbata, pomidory z czerwoną cebulą, ser biały z bawolego mleka, masło i okrągłe chlebki z kminkiem i ziołami. Wszystko pyszne, chociaż kupując ser dzień wcześniej mieliśmy małe obiekcje - zawinięty w niezbyt czystą szmatę i krojony nożem, który być może nigdy nie był myty, kuł nasze oczy wyobraźni.
Po posiłku Marcin postanowił zrobić przepierkę, ja zaś pojechałem do Ambasady wyrobić sobie nowy paszport, bo ważność teraźniejszego wkrótce dobiegnie końca. Poszedłem więc na metro, wydałem 12-rupii na plastikowy żeton i wymacany przez indyjskiego policjanta stojącego na straży bezpieczeństwa pasażerów, wskoczyłem do wagonu.
Podróż kolejką podziemną w New Delhi, należy do przyjemności. Pociągi odjeżdżają co kilka minut, są punktualne, czyste i klimatyzowane. Elektroniczna informacja jest dostępna w wielu językach, a mapa połączeń tak czytelna, że nie sposób zabłądzić.
![]() |
| Wnętrze metra w New Delhi. |
Otworzył ochroniarz o wyglądzie przypominającym typowego zabójcę z jakiegoś sensacyjnego filmu. Był jednak na tyle przystojny, że chcąc nie chcąc, zacząłem się uśmiechać, mówiąc głosem milszym, niż mam w rzeczywistości. Odwzajemnił uśmiech i zaprosił mnie do środka. Byłem jedynym interesantem. Nie zdarza się bowiem często wyrabiać paszport w Indiach. Pani w okienku - wyjątkowo miła - powiedziała, że niestety muszę iść do fotografa jeszcze raz, bo twarz musi zajmować siedemdziesiąt procent obszaru. Wziąłem karteczkę z adresem i pomaszerowałem do centrum handlowego, w którym głucho-niemy Hindus robił zdjęcia.
Studio przypominało czasy, których nie pamiętam, a tylko znam z filmów. Posadzono mnie na drewnianej ławie i kazano wpatrywać się w lampę, od której łzawiły mi oczy. Wyszedłem taki spłakany, czerwony z większym niż w rzeczywistości nosem. Hindus był jednak zadowolony. Cóż więc mogłem zrobić? Z dusza na ramieniu wróciłem do okienka.
- Niech się pan nie przejmuje - powiedziała pani konsul, jakby zgadła moje myśli, albo zobaczyła, że zdjęcie jest naprawdę straszne - ostatnio jak mi robili fotografię, wyglądałam jakbym była chora.
Z przyklejonym uśmiechem podpisałem resztę dokumentów, pozwoliłem pobrać sobie odciski palców i dokonałem wpłaty. Wychodząc popatrzyłem na ochroniarza i zabiwszy nieprzyzwoite myśli, wyszedłem na rozgrzaną słońcem ulicę.
![]() |
| Studio fotograficzne. |
![]() |
| Ulica w dzielnicy instytucjonalnej. |
Resztę dnia spędziliśmy razem. Na obiad poszliśmy do znanej nam knajpy, a potem na spacer, podczas którego zrobiliśmy plany zakupowe. Potrzebujemy kilku przewiewnych ubrań, nowe buty, okulary przeciwsłoneczne i kilka kosmetyków.
A teraz czas na relaks. Może piwo :)
Ktoś chętny?


