Poranek był chłodny. Wstałem i zrobiłem dla nas herbaty, a potem zacząłem poganiać Kota, bo dzisiaj był jakoś wybitnie ospały. O ósmej byliśmy gotowi. Przeszliśmy przez małą dzielnicę handlową, mijając stragany z ubraniami, budki z dewocjonaliami i jedzeniem, kupiliśmy kwaśne banany i gdy tylko je zjedliśmy, weszliśmy na teren świątynny. Jutro zaczyna się Mönlam, pięć tysięcy pielgrzymów zjechało z całego świata - robi się niemałe zamieszanie. Przy Mahabodi jednak panuje zwyczajowa cisza i skupienie. Ludzie powtarzają mantry lub siedzą na poboczu medytując. Nieliczne psy śpią zwinięte w kłębek przy stupie, pasiaste, szare wiewiórki biegają po murkach a zbłąkane wielkie, czarne mrówki są usuwane przez mnichów, dbających o ich bezpieczeństwo. Tak wygląda każdy dzień pod stupą. Ładunek spokoju jest niewyobrażalny.
Przez dwie godziny łaziliśmy wokół świątyni, potem zrobiliśmy dłuższą medytację. Gdy chciałem usiąść na chodniku, jakaś mniszka podsunęła mi pod tyłek poduszkę. Marcin dostał cieńszą "piankę". A potem gdy tak medytowaliśmy, ktoś położył na nas pieniądze. Szczodrość jest tu rzeczą spotykaną, jednak zrobiło się nam bardzo dziwnie i miło jednocześnie. W każdym razie były to pierwsze pieniądze zdobyte w taki sposób. Dobry znak!
W południe poszliśmy na lunch. Ja dodatkowo wypiłem sok kokosowy. Podobno ma wiele właściwości odżywczych i pomaga w utrzymaniu prawidłowego pH.
Marcin stwierdził, że "takiego świństwa pić nie będzie", ignorując moje nalegania i prośby. Natomiast z umiłowaniem rzucił się na stragany. Od kilku dni marudził coś o nowych spodniach. Starałem się tłumaczyć, że nasz bagaż jest limitowany, poza tym wyjechaliśmy na dość długie wakacje, obiecując sobie kupować tylko rzeczy niezbędne; do krowy na granicy można by mówić to samo - targował się przez chwilę, marudził i kupił. Wściekałem się i powiedziałem co o tym myślę. W rezultacie obrażony poszedłem medytować, Marcin zaś urażony - prać brudne rzeczy. Taki przynajmniej z tego pożytek - wszystko czyste.
Zamieszanie było coraz większe. Mnisi dekorowali kwiatami mury, poręcze, chodniki i żywopłoty. Myślę, że jutro, wszystko będzie przypominać cudowną krainę. Naprawdę się starają. Główki kwiatów nawlekają na sznurki, które układają w wymyślne zwisające kompozycje. Kwiaty lotosu wsadzają w żywopłoty, kładą na schodach i trawnikach. Zapalają lampki, kadzidełka i różnokolorowe żarówki. Najdziwniejszą ozdobą jednak zą jadalne dekoracje, które od rana noszono na ciężkich tacach i ustawiano pod stupą. Muszą być ciężkie, bo mnisi zataczają się pod ich ciężarem.
Z bliska robią imponujące wrażenie. Ustawione jedna koło drugiej - a jest ich tysiące - wydają się drżeć. Może to zasługa kolorów, które odpowiednio dobrane powodują takie optyczne złudzenie? Tego nie wiem. Nigdy nie uczestniczyłem w tego rodzaju uroczystości. Dopiero jutro okaże się o co chodzi.
![]() |
| Tormy w pełnej okazałości. |
Po medytacji siedziałem i obserwowałem mnichów wykonujących pokłony. Sam zrobiłem ich wiele, jednak nie skończyłem tej części praktyki - teraz jak na złość mam problem z kolanem i nie wiem, czy dam radę. W każdym razie spróbuję i zobaczę co będzie dalej. Jak mi noga odpadnie, to trudno.
Pokłony są pierwszą częścią praktyk wstępnych, które każdy buddysta powinien wykonać. Jest to rodzaj medytacji wizualizacyjno-fizycznej, która powtarzana 111111 razy powinna przynieść pożądany efekt, jakim jest oczyszczenie dumy.
Buddyści kłaniają się przed Drzewem Schronienia - dość skomplikowaną formą, którą powinno się utrzymywać w umyśle. Nie robią tego dla żadnego buddy, bo buddowie nie są panami świata, ani bogami. To trzeba tutaj zaznaczyć. Budda to stan umysłu, a nie osoba. Żaden budda nie istnieje jako oddzielna jednostka, nie patrzy sobie na nas z góry i nie ma osobistych myśli, jak na przykład "o tak - ten mnich jest dobrym, a tamten złym".
Praktyka pokłonów zajmuje od kilku miesięcy do kilku lat. Wszystko zależy w jakim tempie są robione. Niektórzy robią je całe życie - Tybetańczycy są mistrzami tej praktyki. A tak na marginesie, codzienne robienie pokłonów oczyszcza organizm i powoduje, że sylwetka staje się z dnia na dzień bardziej atrakcyjna.
Gdy kończyłem popołudniową medytację pojawił się Kot, oczywiście ustrojony w nowe - nazwijmy to umownie - spodnie. Przeprosiliśmy się i poszliśmy na samosy (tak, tak - znowu wyjadaliśmy je z gara łapami) oraz na kawę. Po drodze wypiliśmy jeszcze lassi - coś co przypomina pitny jogurt - bo koniecznie musimy dostarczać dobre bakterie; tak kazała lekarka. A później rozstaliśmy się i poszedłem kręcić młynkiem modlitewnym, co czyniłem żwawo przez półtorej godziny - brzmi trochę dewocyjnie ;).
Każdy ma ulubione czynności. Ja lubię chodzić wokół stup. Mogę to robić godzinami. Tak samo lubię kręcić wielkim młynkiem (śmieję się teraz, pisząc powyższe) - zupełnie nie wiem czemu.
![]() |
| Thali. |
Miłego wieczoru Ludzie :)






