sobota, 13 grudnia 2014

Wakacje - dzień 26

Dzisiejsza pobudka była o wiele przyjemniejsza, niż dzień wcześniej. Dodatkowy koc, choć śmierdzący okazał się wystarcząjo ciepły. Z jałowych opatrunków, jakie dostaliśmy od Polaków w Delhi, zrobiliśmy moskitiery, które przykleiliśmy na wszystkie okna i dziury w ścianie. Klasa pokoju podniosła się o jedną gwiazdkę, co nas bardzo ucieszyło.

Marcin dzisiaj nie mógł się obudzić. Zrobiłem sobie herbatę, umyłem głowę i zacząłem się ubierać. W Indiach moda jest niezwykle zróżnicowana i myślę, że obowiązuje tu zasada "włóż co masz". Sami staramy ubierać się stosownie do okoliczności, ignorując jakiekolwiek kanony mody. Dzisiaj zaczęliśmy dzień od kilkugodzinnej medytacji pod świątynią Mahabodi, a później przez kilka godzin chodziliśmy wokół niej, powtarzając mantry. Grudniowe poranki są raczej chłodne, przed bramą parku trzeba zdjąć buty, których nie chcemy stracić... powyższe okoliczności spowodowały, że poszliśmy w japonkach i grubych skarpetach. Z zielonymi bojówkami, naprawdę cudownie się to wszystko prezentowało!
Fashion :)
Na lunch zjedliśmy po kilka bananów. W Bodh Gaya sprzedają lokalne - malutkie i w smaku podobne do kiwi. Dalej głodni, rzuciliśmy się na samosy - naszym sposobem - wyjadając je bezpośrednio z garnka. Wolimy tak, niż z talerzyków, których nie chcielibyście oglądać.
Wczesnym popołudniem postanowiliśmy odnaleźć grotę Mahakali. Przeszliśmy przez most, wchodząc na teren, gdzie turyści nie zaglądają. Szliśmy przez pustkowia porośnięte wysoką na cztery metry trawą i palmami. Od czasu do czasu mijał nas pies lub koza. Krowy wylegiwały się na słońcu, jak zwykle leniwie przerzuwając pokarm.
Trawy były dwa razy wyższe od nas.
Cisza nie trwała jednak długo. Wypatrzeni przez dzieci, staliśmy się centrum zainteresowania. "Hallo money!" - krzyczały, śmiejąc się głośno. Za pierwszym razem udało nam się uciec. Usiedliśmy za drzewami i zaczęliśmy jeść ciastka. Słono-słodkie krakersy maślane - obrzydlistwo! Przez dwie następne godziny czułem niesmak i lekką zgagę. Marcin miał to samo. Postanowiliśmy nakarmić ciasteczkami kury, a jako że żadnej nie było, schowaliśmy smakołyki na później. 

Szliśmy dalej. I nagle pojawił się Rangdżiur Kumar, chłopiec z okolicznej wioski. Prawie w ogóle nie mówił po angielsku, był jednak bardzo rozmowny. Pokazał nam kalafiorowe pole należące do jego matki i zaprowadził nas do wioski, w której staliśmy się sensacją. Nawet starsi ludzie wygramolili się z lepianek, żeby na nas popatrzeć. Nakręciłem krótki filmik (będzie jak zwykle na facebooku), uścisnęliśmy dłonie kilku osobom, innym dając się po hindusku obmacać i czym prędzej uciekliśmy z wioski. Niestety z ogonem. Chyba wszystkie dzieci Kumarów poszły z nami. Każdy coś mówił, niestety żaden po angielsku. W końcu najstarszy wyjął starą Nokię i puścił całkiem przyzwoitą indyjską piosenkę. W jej rytmie szliśmy przez dłuższy czas w milczeniu.
Rangdżiur i Kot.
W końcu dotarliśmy do atrakcji, którą chcieli nam pokazać chłopcy. Przed nami wyrosło imponujących rozmiarów drzewo - Totoro Tree. Medytacji pod drzewem nie chcieliśmy jednak robić, co zadziwiło dzieci. Uważali chyba, że skoro Budda medytował pod drzewem, my też powinniśmy. Skończyło się na zbiorowym zdjęciu i po miłych, a z stanowczych naleganiach zostaliśmy sami.
Kot w otoczeniu Kumarów pod świętym drzewem.

Do jaskini jednak nie doszliśmy. Góry okazały się znajdować znacznie dalej, niż przypuszczaliśmy. Dodatkowym utrudnieniem okazała się rzeka, przez którą trzeba było przejść. Brudna woda sięgała kolan - dla łódki za płytko, za głęboko dla kaloszy, mostu nie zbudowano. Niestety.
Wracaliśmy drugim, wyschniętym korytem rzeki. Po godzinie marszu doszliśmy do normalnego, łatwiejszego dla marszu gruntu, porośniętego palmami.
Tropik.
Niestety znów rzuciły się na nas dzieci. Cała chmara dziewczynek, bardziej usmolonych od kominiarzy podczas pracy. Były bardzo wrzaskliwe i przylepne. Na szczęście przypomnieliśmy sobie o niedobrych ciasteczkach, które nadal mieliśmy w torbie. Daliśmy im bez zastanowienia całe opakowanie. Najstarsza chwyciła pudełko i zaczęła solidarnie rozdzielać.wszyscy byli zadowoleni: my pozbyliśmy się balastu, dzieci mlaskały zadowolone.
MY.
A teraz idziemy medytować. Niech wasz dzień będzie równie udany ;)