wtorek, 16 grudnia 2014

Wakacje - dzień 28 i 29

Trwa Monlam. Wstajemy o 5:45, kładziemy się spać koło 22:00. Mniej ze sobą rozmawiamy, medytujemy kilka razy dziennie, poznajemy ludzi, kultury i zwyczaje. Świat nabiera nowego znaczenia. Wszystko ma sens! 

Wczoraj załamała się pogoda - spadł deszcz. Obudziliśmy się rano i usłyszeliśmy charakterystyczny szum za oknem. Wzięliśmy parasole i udaliśmy się pod świątynię. Ceremonia rozpoczęła się punktualnie. Dwie godziny później lunęło. Mnisi zerwali się na równe nogi, cywile biegali chaotycznie, starając się znaleźć skrawek dachu nad głową, niestety bezskutecznie. Nikt nie zadbał o parasole, bo nikt nie spodziewał się deszczu. "Od pięćdziesięciu lat nie padało w grudniu" - powiedziała nam stara mniszka. W Delhi szalała burza, jak się później dowiedzieliśmy, była to kompletna anomalia. "Świat się kończy" - kręcili głową Tybetańczycy.
Ucieczka przed deszczem.

Popołudnie spędziliśmy z dziewczynami z KIBI - uniwersytetu Karmapy. Poznaliśmy grupę uczniów, najwybitniejszego na świecie mistrza malowania tanek - buddyjskich obrazów religijnych. Zawsze chciałem nauczyć się tego trudnego rzemiosła i jeszcze bardziej poznać mistrza. Spotkanie wyszło spontanicznie. Zaraz po kolacji pojawił się Norbu, starszy i krzepki mężczyzna. Powiedział, że jest głodny i kazał nam wszystkim wsiadać do taksówki. Wszyscy - a było nas 9-osób - upchaliśmy się do zielonego tuk-tuka. Ścisku jaki tam panował, nie da się opisać - siedzieliśmy sobie na głowach, w dosłownym znaczeniu. 
Restauracja okazała się ogromnym namiotem. Przybytek prowadzili Tybetańczycy. Stara kobieta chodziła wokół stołów, okadzając każdy kąt. Dym gryzł w oczy, ale nie było komarów. Norbu wyjął własny prowiant - wołowinę zrobioną na sposób sikkimski. Wydzielał ją każdemu, kładąc na dłoni. Jadłem, choć byłem pełen. A potem mistrz zamówił kolację i coca-colę, dla wszystkich. Nie wiem jak to się stało, że nas nie rozerwało.
Podczas kolacji rozwinęła się głęboka i pełna znaczenia rozmowa. To niesamowite, ile może się wydarzyć podczas jednego wieczoru.

Nie zadałem jednak pytania. Miałem spytać, czy Norbu przyjmie mnie do siebie. I nagle jedna z uczennic zapytała mnie "a co będzie, jeśli odpowie TAK"? Czy jestem gotowy na taką odpowiedź? Nie wiem. Nauka może potrwać kilka lat. Czy naprawdę chcę spędzić tyle czasu poza Europą, na odosobnieniach? Studiując buddyjskie tajniki sztuki ikonograficznej? 

Anomalie pogodowe minęły. Dzisiejszy dzień był słoneczny i pełen znaczenia. Na śniadaniu poznałem Saszę z Niemiec. Rozmowa z nim była niezwykła i pełna mocy. Uwielbiam ludzi, którzy mnie inspirują do działania. 
Modlitwy przebiegały bez zakłóceń. Recytowaliśmy mantry z grubej 880-stronicowej książki. Zabrakło tych z angielskim tłumaczeniem, musieliśmy zadowolić się tybetańsko - chińską wersją. Hardcore w najwyższym wydaniu.
Śpiewnik.
Na obiedzie poznaliśmy kolejnego, bardzo interesującego chłopaka - Piotra. Przyjechał do Indii i tak jak my, podróżuje. Poszedłem z nim na długi spacer; Kot wykręcił się medytacją i został pod świątynią. Przez kilka godzin gadałem więc o życiu z kimś nowym, co sprawiło mi wiele frajdy. Spacerując tragiliśmy do jakiejś hinduskiej woski, zwiedzaliśmy świątynie i jak zwykle poruszaliśmy dogłębnie lokalną społeczność, która wychodziła nam na powitanie. Dla nas największym szokiem były "gówniane aniołki", ale o tym za chwilę. Bo pogobiły nas krowy i ledwo uszliśmy z życiem. Dzięki temu trafiliśmy na ulicę, na której żył i pracował pewien artysta.
Bawoły są dość agresywne.
Rzeźbiarz miał około 30-lat i był tak pochłonięty pracą, że prawie nas nie zauważył. Przez chwilę podziwialiśmy jego prace, oglądaliśmy rzeźby i robiliśmy zdjęcia. Coś jednak śmierdziało. Piotrek doszedł do jednej z rzeźb i krzyknął "Hej Frycek - one są z gówna"! I rzeczywiście. Artysta zbierał kozie kupy z całej wioski i z nich lepił swoje kobiety i aniołki. Pierwszy raz w życiu, byłem na takiej "wystawie".
Gówniane aniołki.
Wróciliśmy pod Mahabodi Temple. Marcin czekał w umówionym miejscu. Zrobiliśmy medytację w trójkę i poszliśmy na kolację. Gotowane warzywa z ryżem i grzyby duszone były tak dobre, że dwa razy brałem dokładkę, a teraz ruszać się nie mogę. 

Jutro kolejny dzień świąteczny. Umówiliśmy się z Piotrem, że po śniadaniu udamy się do groty Mahakali. Co z tego wyjdzie, okaże się jutro. Dobrej nocy.