Budzik zadzwonił o 5:45. Nie spałem. Śniłem tak wiele snów, że noc wydawała mi się wystarczająco długa. Za oknem mgła ustępowała słońcu. Zapowiadał się dobry dzień.
Na śniadanie podawali grube placki z dżemem, masłem orzechowym i topionym serkiem. Muszę zdobyć przepis, bo bardzo przypadły nam do gustu. Są lekkie, puszyste i chyba w ogóle pozbawione tłuszczu. Pasują do wszystkiego i można je z powodzeniem stosować zamiast chleba.
Po chwili pojawił się Piotr (Japończyk) i przy śniadaniu uzgodniliśmy, że pójdziemy pomedytować do groty Mahakali, oddalonej o kilka kilometrów od Bodh Gaya. Naszą wyprawę postanowiliśmy udokumentować i na plecaku Kota umieściliśmy kamerę.
 |
| Kot - operator. |
Zaopatrzeni w wodę, przekroczyliśmy most nad wyschniętą rzeką i weszliśmy wgłąb wyspy, na której znajduje się kilka niezależnych, małych osad, zbudowanych z cegieł i gliny. Każda wioska liczy kilkadziesiąt mieszkańców. Żyją oni w lepiankach i wydają się szczęśliwi. Są właścicielami pól ryżowych i działek warzywnych, licznych palm, bananowców i mnóstwa zwierząt. Wydają się wieść proste życie wypełnione niezbyt ciężką pracą. Poruszają się powoli i tak też żyją - bez pośpiechu i typowego dla XXI wieku stresu. Dzieci wydają się być szczęśliwe i z całą pewnością nie są głodne. Chodzą do szkoły, a potem bawią się razem jak wszystkie inne dzieci. Różnica polega na tym, że zamiast stu zniszczonych zabawek mają jedną, o którą dbają.
 |
| Dzieci krzyczące "hello money". |
Gdy doszliśmy do świętego drzewa
(Totoro Tree) zadzwonili do nas znajomi, którzy koniecznie chcieli zobaczyć grotę Mahakali. Powiedzieliśmy, żeby wsiedli w rikszę i przyjechali pod drzewo. My w tym czasie usiedliśmy na górce i zaczęliśmy medytować. Gdy skończyliśmy okazało się, że znajomi źle wytłumaczyli Hindusowi cel podróży. Zawiózł ich przez Gaję, pod jaskinię, za co oczywiście odpowiednio zapłacili. Muszę przyznać, że ucieszyliśmy się z takiego stanu rzeczy. Obaj z Marcinem jesteśmy samotnikami i bardzo rzadko dopuszczamy do siebie innych. Chodzenie w grupie jest dla nas katorgą.
 |
| Święte drzewo Hindusów. |
Poszliśmy dalej i nagle na naszej drodze pojawiła się poważna przeszkoda - rzeka. Ostatnie zaburzenia pogodowe spowodowały, że wyschnięte koryto zapełniło się wodą - kilkoma płytkimi strumykami. Po krótkiej naradzie stwierdziliśmy, że "raz kozie śmierć". Uznaliśmy, że zanurzenie stóp w wodzie, niezależnie od jej składu, nie powinno być dla nas zabójcze. Po chwili kręciliśmy film z naszego bohaterskiego wyczynu. Gdy znaleźliśmy się na plaży po drugiej stronie, Piotr pokazał mi ćwiczenia rozciągające i rozmasował mi łydki tak, żeby usunąć zakwasy. Darłem się jak zarzynana świnia, ale po wszystkim poczułem błogie rozluźnienie. Włożyliśmy buty i poszliśmy dalej. Przed nami rozpościerały się zapierające dech w piersiach krajobrazy: błękitne niebo, palmy, góry i zielone pola ryżowe. Przez chwilę pomyślałem, że tak mógłby wyglądać raj. Było tam wszystko, czego potrzebowałem w danej chwili.
 |
| Dla takich widoków warto iść cały dzień. |
Szliśmy powoli, mijając kilka uroczych wiosek, w której witano nas ze zdumieniem i otwartością. Piotr zajęty gruchaniem ze swoją dziewczyną (na chacie), co chwilę robił zdjęcia i przesyłał jej obrazy mijanych przez nas miejsc. A my szliśmy obok i co chwilę zachwycaliśmy się czymś nowym.
W końcu doszliśmy do groty, mijając po drodze chmary żebraków. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ludzie wybierają taki los. Tutaj niektórzy łamią nogi swoim dzieciom, deformując je, aby wzbudzały większe współczucie. Straszne! Na turystach przestało to robić wrażenie. Zbyt często się to zdarza. Ci którzy wybrali takie życie, sami zepchnęli się do piekła.
 |
| Złota statua wewnątrz groty. |
Pod grotą czekali na nas Marek i Michał. Zaliczyli medytację w grocie i trochę się nudzili. Dlatego tylko na chwilę weszliśmy do środka i po wyrecytowaniu 108 mantr, wyszliśmy na zewnątrz. Zresztą i tak nie wytrzymalibyśmy w jaskini. Grota jest mała i panuje w niej temperatura taka, jak w saunie.
Chłopaki zaproponowali powrót grzbietem góry. Lubimy wyzwania, więc zgodziliśmy się na propozycję od razu. Gdy stanęliśmy na szczycie, w nagrodę zobaczyliśmy nieziemskie widoki.

 |
| Na szczycie. |
Było gorąco, jednak silny wiatr skutecznie obniżał temperaturę, dodatkowo kilka razy próbował zepchnąć któregoś z nas z wierzchołka. W końcu postanowiliśmy zejść i zobaczyć co znajduje się po drugiej stronie. Z małymi przygodami doszliśmy do rzeki, którą trzeba było pokonać na boso. A przygody były nawet zabawne. Gdy trafiliśmy na ściekowy strumyk wymyśliłem, że położę trochę słomy na błocie. Oczywiście poślizgnąłem się na niej i całym butem wdepnąłem w to (miejmy nadzieję) błoto. A potem, gdy zdejmowałem buty przed strumykiem, trzy razy ukułem się kolcem do krwi. Umyłem rany i spryskałem je spirytusem - zobaczymy, czy to wystarczyło. Najzabawniejsza wpadka miała jednak miejsce przy przekraczaniu rzeki. Marek powiedział, że nie wejdzie do wody, bo "tam jest wszystko". Spacerował więc wzdłuż wody, starając się znaleźć rozwiązanie. W końcu nadjechał motor. Ucieszony zaczął biec w jego stronę i po kostki wskoczył w butach do wody.
A Piotr nadaje na podobnych do nas falach. Fajnie spotykać takich ludzi na drodze. Śmieszy nas, że Hindusi myślą, że jest z Japonii, choć w ogóle Japończyka nie przypomina. Jednak, gdy zrobiłem mu zdjęcie w okularach, w pełnym uśmiechu stwierdziłem, że sam pomyliłbym go z Japońcem. Oceńcie sami.
 |
| "Japończyk". |
Do jutra. ;)
A w ogóle dzisiaj mija miesiąc naszych wakacji!