piątek, 19 grudnia 2014

Wakacje - dzień 31 i 32

Ostatnie dwa dni poświęciliśmy głównie buddyjskiej praktyce, nie oddalając się zbytnio od świątyni. To najlepsze, co mogliśmy dla siebie zrobić. Czerpiemy z tego tak wiele radości, że świat wydaje się podobną do snu bajką - wszystko co się wydarza jest dobre takie, jakie jest. Takie chwilowe poczucie rozpierającego szczęścia, pojawia się w umyśle coraz częściej i trwa dłużej u osób, które medytują. Myślę, że Lamowie widzą świat w naprawdę pięknych barwach. Wystarczy na nich popatrzeć, by pozbyć się wszelkich wątpliwości. Z każdego promieniuje energia - motywujący strumień czegoś, co nadaje sens wszystkiemu. 
Wczoraj przyjechał Karmapa - najwyższy Lama, świadomie odradzający się Nauczyciel, zwierzchnik linii Kagyu. Sama jego obecność jest przeżyciem wywołującym wrażenia, których nie da się opisać słowami.
Jego Świętobliwość - XVII Karmapa Trinley Thaye Dorje.
Wczoraj przez kilka godzin czekaliśmy przy czerwonym dywanie, rozłożonym na dziedzińcu Karma Temple. Mnóstwo ludzi różnej narodowości, odświętnie ubranych, stało początkowo grzecznie w milczeniu, następnie wszyscy zaczęli się wiercić a w końcu machać szalami i czym popadło, bo wraz z zachodem słońca, zaczęły atakować nas komary. Nasza grupa zaopatrzona w odstraszacze, dumnie reprezentowała Polskę, nie robiąc histerii.
Gosia, Kasia i Marta. Z tyłu Piotrek i Martin.
W końcu muzycy (mnisi) zeszli z dziedzińca i opuścili mury klasztoru. Podniecenie sięgało zenitu. Tłum napierał - wszyscy chcieli zobaczyć Karmapę. I nagle rozbrzmiała powodująca "gęsią skórkę" muzyka, na dziedzińcu pojawili się mnisi z charakterystycznymi, zielonymi bębnami, za nimi weszło mnóstwo ochroniarzy, powstało ogólne zamieszanie... tłum prowadzący Jego Świętobliwość, przemknął nam wszystkim przed oczami i tyle. Nawet się nie zorientowaliśmy, kiedy zamknięto drzwi. Staliśmy tak przez chwilę osłupiali, wypachnieni, odświętnie ubrani z aparatami i szalami do błogosławieństwa w ręku... Dzisiaj mieliśmy więcej szczęścia, ale o tym za chwilę.
Pięć minut przed. Orkiestra wychodzi na powitanie Karmapy.
Wstaliśmy nieco wcześniej i pobiegliśmy na śniadanie. Chcieliśmy zająć dobre miejsca na murku, przy drzewie Bodhi. Zjedliśmy ulubione chlebki z dżemem i masłem orzechowym, wypiliśmy po kilka kubków słodkiej bawarki i poszliśmy pod Mahabodi. 
Chlebek - bardzo gruby "naleśnik" z mąki i mleka bez tłuszczu.

Dochodząc do wejścia usłyszeliśmy sygnał syreny. Okazało się, że Karmapa przyjechał w tym samym czasie. Szliśmy więc tuż obok, dewocyjnie napawając się Jego obecnością. Świat jest cudowny. Kochane dziewczyny zajęły nam miejsca. Siedzieliśmy więc na najlepszych miejscówkach. Ponieważ Kot wolał patrzeć i medytować po swojemu, wziąłem książkę i odśpiewałem tak jak umiałem najlepiej kilkaset stron. Marcin uwiecznił moje starania na zdjęciu, na szczęście nie nagrał, jak to kiedyś zrobili Agnieszka i Dominik z Londynu, bo było by zabawnie, albo zwyczajnie żenująco.
Ja ze śpiewnikiem.
W trakcie ofiarowania, sponsorzy przekazali mnichom datki finansowe, każdy z nich dostał banknot, kilku grubsze koperty. My - uczestnicy, słoną herbatkę ze smalcem i ciastko z kremem. Pycha ;)
Herbata z masłem i solą smakuje jak zupa, a nie napój.
A potem zrobiło się gorąco. Słońce wyjrzało zza osłaniającego nas cieniem drzewa. Marcin poszedł do hotelu i dzięki temu, przypadkowo stał się ochroniarzem Karmapy. Przy wyjściu tłum ludzi zaczął napierać, gdy pojawił się Lama. Mnisi poprosili Kota o pomoc. Złapali się za ręce i otoczyli Jego Świętobliwość. Marcin był tak podniecony, że historię opowiedział już wszystkim wokół. Mam nadzieję, że nie dostanie gorączki, bo podskakuje jak piłeczka i przewraca oczami :)
Po obiedzie medytowaliśmy w parku do zmierzchu. Mnisi przyszli do nas z wielkim czajnikiem i poczęstowali słodką, mleczną herbatą i obwarzankiem. Podzieliliśmy się z psami, bo patrzyły na nas z wyrzutem. Zresztą nadmiarem trzeba się dzielić. Wyrzucanie jedzenia i objadanie się to zbrodnie. Nigdy wcześniej nie widziałem tego tak wyraźnie.