niedziela, 21 grudnia 2014

Wakacje- dzień 33 i 34

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Tutaj tego nie czuć. Trudno uwierzyć, że jest grudzień, przy temperaturze plus trzydziestu stopni, jeszcze trudniej nam zrozumieć, że nie musimy robić tego, czego nie chcemy. Jesteśmy przecież na wakacjach, na tyle długo, że stały się codziennością. 
W przerwie pomiędzy medytacjami.
Leżymy na trawie, medytujemy, poznajemy ciekawych ludzi... Najważniejsze jest jednak, że z nikim nie rywalizujemy, niczego z niczym nie porównujemy, staramy się też nie planować. Dobre jest to, co pojawia się przed nami. Nie ma sensu szukać niczego więcej. Dzięki temu możemy spoczywać w stanie, który w wielkim uproszczeniu, ludzie nazywają szczęściem. Brak oczekiwań, minimalizm i spontaniczne działanie są kluczem do zadowolenia. 
Ostatnie dwa dni spędziliśmy w pobliżu świątyni. Nie chcieliśmy stracić rzadkiej okazji - przebywania w polu działania Karmapy. Dzisiaj był ostatni dzień Monlam, wieczorem wszystko zaczęło się "rozpuszczać"... Pozostały piękne wspomnienia i nowe przyjaźnie. Będziemy je pielęgnować.
Monlam zakończony - sypaliśmy kwiatami i ryżem :)
Wczoraj po obiedzie spotkaliśmy się z Krmapą. Staliśmy w długiej kolejce, do której bezustannie ktoś się wpychał powodując powszechne oburzenie. Najgorzej zachowali się Rosjanie. Walcząc ze sobą, zacząłem powtarzać mantrę Karmapa Czienno, która znaczy "aktywności wszystkich buddów działaj przez nas". Dzięki temu ze spokojem obserwowałem wydarzające się przed nami zamieszanie.
Wczoraj ludzie zaczęli też chorować. Chyba wirus, bo objawy były podobne: lekkie "przeziębienie", przechodzące w ostrą infekcję całego organizmu z wymitami, biegunką i gorączką. Pochorowała się większość znajomych, tak więc wieczór spędziliśmy sami. Po wieczornej pudżry za zmarłych, poszliśmy do "wioski tybetańskiej". Jest to kompleks namiotów, w których znajdują się sklepy lub restauracje. Stołują się tu mnisi i rdzenni mieszkańcy. Wszystko jest świeże i smaczne, dodatkowo niedrogie.
Mnisi patrzą w telewizor jak w obrazek.
Naszą ulubioną potrawą są momo - pierożki, w których zakochaliśmy się już w Delhi. Tutaj podawane w warzywnym wywarze, są jeszcze lepsze.
Momo z zupą.
Smakują inaczej niż polskie pierogi. Farsz: słodka kapusta, marchewka, rzepa i kilka innych warzyw, wkłada się do środka wstanie surowym i gotuje już w pierogu przez dziesięć minut. Zupa dodaje potrawie smaku. Pycha!