czwartek, 4 grudnia 2014

Wakacje - dzień 17

Obudziłem się o siódmej rano. Miałem bardzo dziwne sny: niektóre dobre, inne pokręcone - pełne dziwacznych emocji. Ze strachem poruszyłem się na łóżku i stwierdziłem, że ból pleców ustąpił. Wstałem zadowolony, uśmiechnąłem się promiennie do Kota i wyszedłem po zakupy. Na zewnątrz panował upał. Suche, gryzące powietrze wdarło się do moich płuc, powodując kaszel. Po chwili przyzwyczaiłem się do warunków i przestałem chrząkać.
Ulice były pełne ludzi i zwierząt. Owca przywiązana do drzwi hotelowych wyjadała coś z miski, krowy żuły reklamówki, psy warczały na siebie walcząc o swoje terytoria, tak jak kierowcy riksz i taksówek. Przemknąłem pomiędzy nimi nie zważając na hałas i zaczepki i dotarłem do małego sklepu z chlebami. Kupiłem ciasto z owocami (bardziej lekko słodki chleb), cztery placuszki z tłuszczu i wodę - śniadanie zjedliśmy w hotelu.

Korzystając ze sprzyjających warunków, postanowiliśmy pojechać do Sarnath - jednego z najważniejszych dla buddystów miast. Tam właśnie Budda Siakjamuni po raz pierwszy poruszył kołem Dharmy, innymi słowy, wygłosił swoje pierwsze kazanie. Uczynił to przed pięcioma ascetami, którzy jako pierwsi ludzie na ziemi stali się buddystami. Ale o tym za chwilę - wróćmy do naszego uroczego poranka...

Poszliśmy na postój taksówek, gdzie kierowcy mechanicznych riksz czekają na pasażerów. Sarnath jest oddalone od Varanasi 13-kilometrów. Można dostać się tam na różne sposoby; najbardziej popularna jest podróż taksówką. Pierwszy zapytany kierowca zażądał sumy tysiąca rupii. Zaśmialiśmy się głośno i podeszliśmy do drugiego. Po chwili zeszli do ośmiuset, siedmiuset i w końcu do naszej kwoty - czterystu rupii za podwiezienie nas do docelowego miasteczka, trzygodzinne oczekiwanie i odwiezienie z powrotem pod hotel.
W mechanicznej rikszy, zwanej tuk-tuk.
Podróż trwała godzinę. Tym, którzy nie byli w Indiach, trudno wytłumaczyć doznania, jakich doświadcza pasażer tutejszych taksówek. Najlepiej nie jeść zbyt dużo przed podróżą, z wielu względów: ilość dziur, potrąceń, dźwięków i zapachów, przechodzi wyobrażenie Europejczyka. Jeśli wszystko potraktuje się z dystansem i humorem - robi się z tego wszystkiego niezła zabawa.
Nasz kierowca i jego pomocnik (naganiacz pasażerów).
Gdy dojechaliśmy, słońce prażyło już niemiłosiernie. Zjedliśmy po dwie samosy od ulicznego sprzedawcy i weszliśmy na teren pierwszej z wielu buddyjskich świątyń, jakie oferuje to niewielkie miasto. 
Jedna z wielu buddyjskich świątyń w Sarnath.
W końcu dotarliśmy do stupy. Zrobiła na nas ogromne wrażenie. Masywna i wyjątkowo skromna - znacznie różniąca się od stup budowanych w późniejszym okresie - przyciąga jak magnes.
Budda, udał się do Parku Jeleni, siedem tygodni po osiągnięciu oświecenia. W jednej z licznych biografii Buddy czytałem, że początkowo nie chciał przekazywać wiedzy, którą posiadł. W końcu jednak, powodowany współczuciem, postanowił przekazać ludziom to, co sam odkrył.
Tam właśnie wygłosił Cztery Szlachetne Prawdy, przed pięcioma ascetami, którzy stali się pierwszymi na świecie buddystami. Wraz z nimi Siakjamuni założył zgromadzenie buddyjskie, znane pod nazwą Sangha.
Dodaj napis
Kilka wieków później, gdy buddyzm w Indiach rozkwitał, nawrócony na buddyjską filozofię, władca indyjskiego imperium Maurjów - Aśoka, wybudował ogromną stupę Dhamekh, znaną jako Stupę Szesnastu Bram. Uczynił to w 249 roku p.n.e., dokładnie w miejscu, w którym Budda wygłosił swoje pierwsze nauki. tupę wielokrotnie przebudowywano, do czasów obecnych przetrwało tylko kilka warstw cegieł pochodzących z II wieku p.n.e - reszta jest znacznie nowsza.

Dla nas wiek stupy miał marginalne znaczenie. Czuliśmy, że wróciliśmy do domu. Nie ma w tym żadnej przesady. Pod stupami rozkwitamy jak kwiaty. Energie panujące w miejscach kultu buddyjskiego są tak pozytywne, że wszelkie troski i negatywne myśli po prostu znikają.||
Pochodziliśmy wokół budowli powtarzając mantry, następnie zeszliśmy w dół zobaczyć starożytne ruiny - pozostałość po hojnym dla buddyzmu władcy.
Szczęście...
Nie zachowała się żadna budowla w całości, jednak ruiny nadają temu miejscu niezwykłego charakteru. W bezwietrzną, upalną pogodę panuje tu taka cisza, że słychać szelest motylich skrzydeł. Idealne miejsce do medytacji. Dla nas - jak do tej pory - był to najpiękniejszy dzień w Indiach. Dla takich chwil tutaj przyjechaliśmy.
Ruiny - pozostałości po cesarzu Aśoka.
Po puszczeniu Parku Jeleni została nam godzina do wykorzystania. Marcin - gdy jechaliśmy rikszą - zauważył niewielki, buddyjski kompleks klasztorny. Weszliśmy do środka, gdzie zostaliśmy serdecznie przyjęci.
Na dziedzińcu znajduje się dość duży i kolorowy posąg Buddy. Idąc wzdłuż niego, należy kręcić młynkami modlitewnymi. W ten sposób dochodzi się do gompy - buddyjskiego odpowiednika kapliczki. Miejsce to zostało inaugurowane niecałe dwa lata temu przez Dalajlamę. Jego zdjęcie znajduje się na tronie, w środku.
Przy posągu Buddy, wewnątrz kompleksu klasztornego w Sarnath.

Kot i lew u bram klasztoru.
Wnętrze gompy było bardzo typowe. W gablotach ustawiono różnego rodzaju relikwie i posążki. Na tronie znajduje się zdjęcie głównego Nauczyciela a za nim posąg Buddy (istnieje wiele rodzajów buddów, posągi nie zawsze przedstawiają naszego historycznego Buddę).
Marcin w świątyni.
Po duchowych uniesieniach, jeszcze przed powrotem, przycupnęliśmy w przydrożnej restauracji. Jak już wcześniej pisałem, wolimy jeść wtedy, gdy widzimy proces przygotowania posiłków, dlatego wybieramy jadłodajnie uliczne.
Oczekując na posiłek.
Zjedliśmy naleśnika z jajkami, noodlami i zasmażanymi warzywami. Wszystko oblane ostrym sosem. Wszystko okazało się niezwykle smaczne.
Nasz obiad. Trójkąty nadziewane były ziemniakami i groszkiem.
Po powrocie do hotelu poszliśmy na kawę i gdy słońce zaczęło zachodzić, udaliśmy się nad rzekę, aby zobaczyć ceremonię ognia. Po drodze spotkaliśmy Angielkę z Londynu, która zaprosiła nas na jutro na koncert jazzowy, później wpadliśmy na znajomych Francuzów, których poznaliśmy w Delhi. Bardzo się ucieszyliśmy i umówiliśmy na whisky w najbliższym czasie. Świat jest mały i cudowny.

Ceremonię ognia zobaczyliśmy w przelocie. Dla mnie nie była to nowość - widziałem ją w całości kilka lat temu, kiedy po raz pierwszy byłem w Varanasi. Dzisiaj jednak był wyjątkowo ciepły wieczór - komary wściekły się i latały jak szalone. Mimo najlepszych środków do smarowania, uciekliśmy przed nimi z dala od rzeki. A teraz już noc. Nad rzeką płoną stosy kremacyjne - widzimy je z dachu na którym siedzimy.
Ceremonia ognia nad Gangesem.
Oby wszystkie dni były takie piękne. Życzymy tego zarówno sobie jak i Wam. Dobranoc.