W piątek obudziliśmy się później niż zwykle. Otworzyłem balkonowe drzwi, wyszedłem na zewnątrz i zobaczyłem... biel! Nie mogłem dojrzeć nawet budynku po przeciwnej stronie ulicy. Nigdy wcześniej nie widziałem tak gęstej mgły. A przecież jestem z Londynu - miasta mgieł, których nigdy nie doświadczyłem.
Wyszliśmy na śniadanie. Temperatura spadła o piętnaście stopni w stosunku do dnia poprzedniego i od razu zrobiło się lepiej. Dla nas plus dwadzieścia jeden, jest optymalna - dla Hindusów, musiało być bardzo zimno, bo nałożyli czapki, rękawice i różnokolorowe palta. "Very cold - very cold" powtarzali bez przerwy, przytupując nogami. "Zimno" jednak ulotniło się wraz z mgłą i gdy wychodziliśmy z restauracji, na zewnątrz panowała typowa dla Indii, grudniowa temperatura.
Varanasi nie ma terenów zielonych. Jest gęsto zabudowane i nawet chwasty nieczęsto się zdarzają. Zwierząt natomiast żyje tu bez liku. Setki, a może nawet tysiące psów, kóz, owiec i krów, chodzą po ulicach i padają z głodu. Tylko krowy są dokarmiane. Przechodnie dają im placki, naleśniki oraz owoce i warzywa. Zwyczajną rzeczą jest widok leniwej krasuli przeżuwającej ciasto lub choćby truskawki.
 |
| Krasula nie gardzi truskawkami. |
Poszliśmy nad rzekę. Włóczyliśmy się godzinami, obserwując codzienność tubylców. Dziesiątki mężczyzn, czasami kobiet wchodzi do rzeki i pierze brudne rzeczy. Mydliny porywa prąd i miesza się z popiołem pochodzącym ze stosów kremacyjnych. Nie da się zapomnieć tego widoku. Uprane rzeczy kładą na schodach i chodnikach, rzadko wieszają na sznurkach. Wczesnym popołudniem, właściciele ubrań, zbierają je odymione i znikają za schodami w ciasnych uliczkach.
 |
| Wielkie, codzienne pranie. |
Wszędzie obok panuje nieustanny gwar. Ludzie wyładowują suche drewno z łodzi i układają je w olbrzymie stosy. Z drugiej strony, niscy mężczyźni zabierają konary i układają w małe stosy. Kładą na to zmarłych i przykrywają kolejnymi gałęziami. Zmarli leżą na noszach na deptaku, w kolejce. Czasami jest ich wielu... to wszystko przypomina pracę mrówek. Na schodach siedzą ludzie i obserwują kremacje. Piją kawę lub herbatę rozlewanych z wielkich, aluminiowych czajników.
 |
| Mężczyźni od układania kremacyjnych stosów. |
Po leniwym dniu wyszliśmy na wieczorny spacer. Planowaliśmy udać się na wieczór jazzowy, niestety ilość komarów w miejscu imprezy skutecznie nas odstraszyła. Bierzemy leki i smarujemy się najsilniejszymi, przeciwkomarowymi specyfikami, jednak to co zobaczyliśmy w lokalu muzycznym, przeszło nasze wyobrażenia. Spacerowaliśmy więc wzdłuż rzeki. Tubylcy i garstka turystów siedzieli na schodach, dużo ludzi grało w karty; dzieci puszczały latawce lub jadły ziemne orzeszki, które tutaj są najtańszym i najpopularniejszym przysmakiem. Orzeszki prażone są na rozgrzanej blasze w gorącym piasku. Można je spokojnie jeść - w takiej temperaturze ginie wszystko, co niebezpieczne.
 |
| Dziadek od orzechów. |
Sobotę postanowiliśmy spędzić z dala od hałasu i ludzi. Zaraz po śniadaniu w knajpce, którą sobie upatrzyliśmy, poszliśmy nad rzekę. Wynajęliśmy łódkę i kazaliśmy się zawieźć na drugi brzeg.
"Ale tam nic nie ma" - nie po raz pierwszy usłyszeliśmy.
"I o to chodzi" - odpowiedzieliśmy, nie licząc na zrozumienie. Po drugiej stronie poczuliśmy błogi spokój. Wielokilometrowa, bezludna przestrzeń przed nami oznaczała wolność. Poczułem przypływ energii i rosnący entuzjazm.
 |
| Marcin i jego jaskółki (film na facebooku). |
Przez wiele godzin chodziliśmy po wyschniętej części
świętej rzeki. Piasek był czysty, suchy i ciepły. Oglądaliśmy muszelki - wszystkie białe, najczęściej stożkowate, rzadko płaskie lub w kształcie łzy. Od czasu do czasu zdarzały się żabki - maleńkie - najwyżej wielkości paznokcia u serdecznego palca, koniki polne i bliżej brzegu mrówki, większe od napotkanych wcześniej płazów.
Usiedliśmy w ciszy. Słońce prażyło przez lżejszą niż wczoraj mgłę, wiatr lekko muskał nas po policzkach - było idealnie.
 |
| Ja spacerujący po wyschniętym korycie świętej rzeki. |
W takich warunkach medytacje są wspaniałym doznaniem. Oprócz religijnych przeżyć - odprężają i pozwalają naładować przysłowiowe baterie. Przez długie chwile rozważaliśmy cztery podstawowe prawdy. Myśleliśmy o tym, że teraz właśnie mamy możliwość rozwoju. Jutro może nie nadejść. Dlatego nie można szansy na rozwój odkładać. Rozmyślaliśmy o przemijalności wszystkiego, co złożone. Nie ma niczego, co byłoby trwałe. Wszystko się zmienia i nie ma niczego, co mogło by nas trwale chronić. Po trzecie przypominaliśmy sobie o prawie przyczyny i skutku i o tym, że wszystko co teraz mamy i czego doświadczamy, wynika z wcześniejszych uczynków. W tej chwili także zasiewamy nasiona przyszłości. Po czwarte - przed medytacją główną - uświadamialiśmy sobie, że sami jesteśmy jeszcze pomieszani i mamy osobiste problemy, dlatego musimy medytować, dopóki nie osiągniemy stanu, zwanego oświeceniem.
Upał robił się coraz trudniejszy do zniesienia, postanowiliśmy dojść do drzew i zobaczyć co się za nimi kryje.
(Na facebooku dodaliśmy krótki, amatorski film z naszej dzisiejszej wyprawy). Początkowo szliśmy wzdłuż pól uprawnych i suchych ścieżek pomiędzy palmami. W końcu doszliśmy do pierwszych ludzkich zabudowań. Wyobrażaliśmy sobie wioskę, w której ludzie żyją w glinianych chatkach. Wielkie było nasze zdziwienie, bo wszystkie domy były murowane, otoczone wysokimi murami z cegieł. Żaden dom nie był wykończony, ale każdy zamieszkany. Krowy i bawoły były grubsze i wyglądały na zdrowe i zadbane. Dzieci brudniejsze niż w mieście, za to również pełniejsze i bardziej roześmiane. Na końcu wioski stał okazały budynek z cegieł, oznaczony szyldem "Private English School". Indie są pełne niezwykłości.
 |
| Wioska po drugiej stronie rzeki. |
Wróciliśmy na naszą "pustynię". Jedynym prowiantem jaki wzięliśmy ze sobą była woda i ciasteczka owsiane. Zaopatrzyliśmy się w nie w supermarkecie. Często zjadamy je na drugie śniadanie.
 |
| Zdrowe ciastka bez tłuszczów trans i sztucznych dodatków. |
Następnie doszliśmy do ruchomej osady, po drugiej stronie Gangesu. W namiotach serwowano samosy oraz gorące napoje. Obawialiśmy się, że woda pochodzi bezpośrednio z rzeki, dlatego zostaliśmy przy tym, co mieliśmy w torbie. Po jakimś czasie przyplątał się do nas wygłodniały szczeniak. Piszczał i wyglądał na bardzo głodnego.
"Nie jesteśmy w stanie ci pomóc" - powiedzieliśmy do niego z żalem. A on patrzył na nas przenikliwie. W końcu Marcin przypomniał sobie, że zostały nam jeszcze biszkopty. W tym samym momencie psiak zobaczył jakąś wychudłą sukę i pobiegł w jej kierunku. Uciekła.
"Cholera - psiak ma niefajną karmę. W momencie, gdy mógł coś od nas dostać pobiegł za niczym" - Marcin był zatroskany.
"Ale bodhisattwowie mogą zmieniać karmę" - odpowiedziałem i pobiegłem za szczeniakiem. Wrócił i dostał ciastko. A potem spotkał jakiego człowieka, który zaczął się z nim bawić. Hindusi dzielą się jedzeniem. To w sumie bardzo dobrzy ludzie.
 |
| Ruchoma osada nad Gangesem. |
Ostatnią godzinę spędziliśmy w oczekiwaniu na naszą łódkę. Słońce zachodziło powoli - siedzieliśmy zrelaksowani na rozgrzanym piasku.
 |
| Mój Kot :) |