sobota, 6 grudnia 2014

Wakacje - dzień 18 i 19

W piątek obudziliśmy się później niż zwykle. Otworzyłem balkonowe drzwi, wyszedłem na zewnątrz i zobaczyłem... biel! Nie mogłem dojrzeć nawet budynku po przeciwnej stronie ulicy. Nigdy wcześniej nie widziałem tak gęstej mgły. A przecież jestem z Londynu - miasta mgieł, których nigdy nie doświadczyłem.

Wyszliśmy na śniadanie. Temperatura spadła o piętnaście stopni w stosunku do dnia poprzedniego i od razu zrobiło się lepiej. Dla nas plus dwadzieścia jeden, jest optymalna - dla Hindusów, musiało być bardzo zimno, bo nałożyli czapki, rękawice i różnokolorowe palta. "Very cold - very cold" powtarzali bez przerwy, przytupując nogami. "Zimno" jednak ulotniło się wraz z mgłą i gdy wychodziliśmy z restauracji, na zewnątrz panowała typowa dla Indii, grudniowa temperatura.

Varanasi nie ma terenów zielonych. Jest gęsto zabudowane i nawet chwasty nieczęsto się zdarzają. Zwierząt natomiast żyje tu bez liku. Setki, a może nawet tysiące psów, kóz, owiec i krów, chodzą po ulicach i padają z głodu. Tylko krowy są dokarmiane. Przechodnie dają im placki, naleśniki oraz owoce i warzywa. Zwyczajną rzeczą jest widok leniwej krasuli przeżuwającej ciasto lub choćby truskawki.
Krasula nie gardzi truskawkami.
Poszliśmy nad rzekę. Włóczyliśmy się godzinami, obserwując codzienność tubylców. Dziesiątki mężczyzn, czasami kobiet wchodzi do rzeki i pierze brudne rzeczy. Mydliny porywa prąd i miesza się z popiołem pochodzącym ze stosów kremacyjnych. Nie da się zapomnieć tego widoku. Uprane rzeczy kładą na schodach i chodnikach, rzadko wieszają na sznurkach. Wczesnym popołudniem, właściciele ubrań, zbierają je odymione i znikają za schodami w ciasnych uliczkach.
Wielkie, codzienne pranie.
Wszędzie obok panuje nieustanny gwar. Ludzie wyładowują suche drewno z łodzi i układają je w olbrzymie stosy. Z drugiej strony, niscy mężczyźni zabierają konary i układają w małe stosy. Kładą na to zmarłych i przykrywają kolejnymi gałęziami. Zmarli leżą na noszach na deptaku, w kolejce. Czasami jest ich wielu... to wszystko przypomina pracę mrówek. Na schodach siedzą ludzie i obserwują kremacje. Piją kawę lub herbatę rozlewanych z wielkich, aluminiowych czajników.
Mężczyźni od układania kremacyjnych stosów.
Po leniwym dniu wyszliśmy na wieczorny spacer. Planowaliśmy udać się na wieczór jazzowy, niestety ilość komarów w miejscu imprezy skutecznie nas odstraszyła. Bierzemy leki i smarujemy się najsilniejszymi, przeciwkomarowymi specyfikami, jednak to co zobaczyliśmy w lokalu muzycznym, przeszło nasze wyobrażenia. Spacerowaliśmy więc wzdłuż rzeki. Tubylcy i garstka turystów siedzieli na schodach, dużo ludzi grało w karty; dzieci puszczały latawce lub jadły ziemne orzeszki, które tutaj są najtańszym i najpopularniejszym przysmakiem. Orzeszki prażone są na rozgrzanej blasze w gorącym piasku. Można je spokojnie jeść - w takiej temperaturze ginie wszystko, co niebezpieczne.
Dziadek od orzechów.
Sobotę postanowiliśmy spędzić z dala od hałasu i ludzi. Zaraz po śniadaniu w knajpce, którą sobie upatrzyliśmy, poszliśmy nad rzekę. Wynajęliśmy łódkę i kazaliśmy się zawieźć na drugi brzeg. "Ale tam nic nie ma" - nie po raz pierwszy usłyszeliśmy. "I o to chodzi" - odpowiedzieliśmy, nie licząc na zrozumienie. Po drugiej stronie poczuliśmy błogi spokój. Wielokilometrowa, bezludna przestrzeń przed nami oznaczała wolność. Poczułem przypływ energii i rosnący entuzjazm.
Marcin i jego jaskółki (film na facebooku).
Przez wiele godzin chodziliśmy po wyschniętej części świętej rzeki. Piasek był czysty, suchy i ciepły. Oglądaliśmy muszelki - wszystkie białe, najczęściej stożkowate, rzadko płaskie lub w kształcie łzy. Od czasu do czasu zdarzały się żabki - maleńkie - najwyżej wielkości paznokcia u serdecznego palca, koniki polne i bliżej brzegu mrówki, większe od napotkanych wcześniej płazów.
Usiedliśmy w ciszy. Słońce prażyło przez lżejszą niż wczoraj mgłę, wiatr lekko muskał nas po policzkach - było idealnie.
Ja spacerujący po wyschniętym korycie świętej rzeki.
W takich warunkach medytacje są wspaniałym doznaniem. Oprócz religijnych przeżyć - odprężają i pozwalają naładować przysłowiowe baterie. Przez długie chwile rozważaliśmy cztery podstawowe prawdy. Myśleliśmy o tym, że teraz właśnie mamy możliwość rozwoju. Jutro może nie nadejść. Dlatego nie można szansy na rozwój odkładać. Rozmyślaliśmy o przemijalności wszystkiego, co złożone. Nie ma niczego, co byłoby trwałe. Wszystko się zmienia i nie ma niczego, co mogło by nas trwale chronić. Po trzecie przypominaliśmy sobie o prawie przyczyny i skutku i o tym, że wszystko co teraz mamy i czego doświadczamy, wynika z wcześniejszych uczynków. W tej chwili także zasiewamy nasiona przyszłości. Po czwarte - przed medytacją główną - uświadamialiśmy sobie, że sami jesteśmy jeszcze pomieszani i mamy osobiste problemy, dlatego musimy medytować, dopóki nie osiągniemy stanu, zwanego oświeceniem.

Upał robił się coraz trudniejszy do zniesienia, postanowiliśmy dojść do drzew i zobaczyć co się za nimi kryje. (Na facebooku dodaliśmy krótki, amatorski film z naszej dzisiejszej wyprawy). Początkowo szliśmy wzdłuż pól uprawnych i suchych ścieżek pomiędzy palmami. W końcu doszliśmy do pierwszych ludzkich zabudowań. Wyobrażaliśmy sobie wioskę, w której ludzie żyją w glinianych chatkach. Wielkie było nasze zdziwienie, bo wszystkie domy były murowane, otoczone wysokimi murami z cegieł. Żaden dom nie był wykończony, ale każdy zamieszkany. Krowy i bawoły były grubsze i wyglądały na zdrowe i zadbane. Dzieci brudniejsze niż w mieście, za to również pełniejsze i bardziej roześmiane. Na końcu wioski stał okazały budynek z cegieł, oznaczony szyldem "Private English School". Indie są pełne niezwykłości.
Wioska po drugiej stronie rzeki.
Wróciliśmy na naszą "pustynię". Jedynym prowiantem jaki wzięliśmy ze sobą była woda i ciasteczka owsiane. Zaopatrzyliśmy się w nie w supermarkecie. Często zjadamy je na drugie śniadanie.
Zdrowe ciastka bez tłuszczów trans i sztucznych dodatków.
Następnie doszliśmy do ruchomej osady, po drugiej stronie Gangesu. W namiotach serwowano samosy oraz gorące napoje. Obawialiśmy się, że woda pochodzi bezpośrednio z rzeki, dlatego zostaliśmy przy tym, co mieliśmy w torbie. Po jakimś czasie przyplątał się do nas wygłodniały szczeniak. Piszczał i wyglądał na bardzo głodnego. "Nie jesteśmy w stanie ci pomóc" - powiedzieliśmy do niego z żalem. A on patrzył na nas przenikliwie. W końcu Marcin przypomniał sobie, że zostały nam jeszcze biszkopty. W tym samym momencie psiak zobaczył jakąś wychudłą sukę i pobiegł w jej kierunku. Uciekła. "Cholera - psiak ma niefajną karmę. W momencie, gdy mógł coś od nas dostać pobiegł za niczym" - Marcin był zatroskany. "Ale bodhisattwowie mogą zmieniać karmę" - odpowiedziałem i pobiegłem za szczeniakiem. Wrócił i dostał ciastko. A potem spotkał jakiego człowieka, który zaczął się z nim bawić. Hindusi dzielą się jedzeniem. To w sumie bardzo dobrzy ludzie.
Ruchoma osada nad Gangesem.
Ostatnią godzinę spędziliśmy w oczekiwaniu na naszą łódkę. Słońce zachodziło powoli - siedzieliśmy zrelaksowani na rozgrzanym piasku.
Mój Kot :)