poniedziałek, 8 grudnia 2014

Wakacje - dzień 20 i 21

W niedzielę obudziło nas, jak zwykle w Varanasi, ujadanie psów i ryk krowy przeżuwającej reklamówki pod naszym hotelem. Było kilka minut po ósmej. Przeciągnąłem się i spojrzałem na Kota - udawał, że jeszcze śpi. Postanowiłem też poudawać i w rezultacie ponownie zasnąłem. 
Wstaliśmy po dziewiątej. Zabrałem się za pranie, Marcin poszedł na zakupy i zniknął na pół godziny, a ja w tym czasie wszystko wypłukałem i przygotowałem do rozwieszenia.  
- Mamy ciepłą wodę w kranie - oznajmiłem - chyba z okazji niedzieli. Zazwyczaj z kranu leci zimna. Długo musieliśmy się przekonywać do lodowatych pryszniców. Ale człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Tym bardziej niedzielna, letnia kąpiel była specjalnym darem.

Zadzwoniłem do mamy, pogadaliśmy chwilę i poszliśmy na lunch. Nasza knajpka w świętym mieście prowadzona jest przez krysznowców. Gotują smacznie i są czyści. To bardzo ważne. Zjedliśmy Rawa Onion Dosa - rodzaj bardzo cienkiego placka ziemniaczanego, położonego na zasmażanych warzywach, podawanego z gulaszem warzywnym na ostro. Wyśmienite i bardzo syte. 

Jako że dzień był wyjątkowo upalny, postanowiliśmy powłóczyć się nad rzeką. Zaczepiani przez właścicieli łódek szliśmy powoli, kompletnie ich ignorując. "Chytry dwa razy traci" - stwierdził Kot. To prawda. Łódek, tak jak taksówek, riksz, sklepów i tuk-tuków jest za dużo. Hindusi zamiast zarabiać uczciwie, widząc turystę, chcą go naciągnąć. Rezultatem jest bezrobocie. 
Kilka kroków za centrum, życie wygląda zupełnie inaczej. Ludzie stają się mniej natarczywi, czym dalej, tym częściej ignorują białych przybyszów "z kosmosu". Zwierzęta również poza centrum są spokojniejsze. Psy merdają przyjaźnie ogonami a świnki leżą w słońcu, zamiast biegać jak opętane.
Włóczyliśmy się przez całe popołudnie po oświetlonych słońcem uliczkach, po świecie, w którym w harmonii ze zwierzętami żyją uśmiechnięci ludzie. Mężczyźni zajęci pracami budowlanymi, lub naprawianiem przedziwnych pojazdów śpiewali melodyjne piosenki, kobiety śpiewały również, zbierając drewienka na opał lub zajmując się małymi dziećmi. Cały tutejszy świat wydawał się być przesycony miłością.
Zupełnie inaczej wygląda miejskie życie. Wszystko wydarza się w niewyobrażalnie ciasnych uliczkach, do których nigdy nie dociera słońce. Ludzie są skrajnie pomieszani i w żaden sposób nie są w stanie zaznać spokoju. My to nazywamy karmą.
Indie to stan umysłu. Nie mam co do tego wątpliwości. Obaj z Marcinem jesteśmy zakochani w tym wielkim kraju - przebywanie tutaj leczy ducha, otwiera oczy na wiele spraw i czyni człowieka zwyczajnie szczęśliwym. Z pozycji turysty to raj.
Wieczór spędziliśmy na dachu, z którego rozciągał się niesamowity widok na świętą rzekę. Muzycy z Izraela, Hiszpanii, USA i Francji grali i śpiewali angielskie i później swoje narodowe piosenki. Hindusi obsługujący imprezę zadbali o zimne piwo. I gdy wszyscy wprowadzili się w błogi nastrój, muzyka z czasów dzieci kwiatów, popłynęła z głośników. Rozpoczęły się tańce przy ognisku...
A dzisiaj spaliśmy o wiele dłużej. Gdy otworzyliśmy balkon, powietrze było już mocno nagrzane. W kranie znów pojawiła się gorąca woda - wykorzystałem ten cud i zanurzyłem się pod gorącym strumieniem. 

Po śniadaniu poszliśmy na spacer. Kupiliśmy banany i co jakiś czas zjadaliśmy po jednym, dzieląc się odpadkami z krowami. 
W Indiach odkryłem kolejny "cud", z którego wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy. Google Map działa wszędzie, nawet jak nie ma internetu. Dzięki temu mogliśmy sobie pozwolić na krążenie po małych uliczkach i zakątkach miasta, bez obaw że się zgubimy. To naprawdę niezwykle przydatna aplikacja w telefonie.

Zmęczeni upałem i długim spacerem usiedliśmy na schodach przy Gangesie. I trwaliśmy tak w bezruchu kilka błogich godzin, napawając się spokojem. I musimy napisać, że był to kolejny, powolny i piękny dzień.
Pozdrawiamy z knajpki, w której jadamy kolacje. Dzisiaj zupa warzywna i cebulowa a na drugie ryż w warzywami i ostre curry (ja).