wtorek, 9 grudnia 2014

Wakacje - dzień 22

Miałem bardzo dziwne sny. Tutaj w Varanasi nachodzą człowieka takie przemyślenia, które nie przychodzą do głowy w innych miejscach. Myślę, że dobrze pomieszkać w świętym miejscu chociaż kilka dni - po naturalnym szoku, przychodzi zrozumienie, a przynajmniej pojawiają się użyteczne refleksje.

Wstaliśmy w dobrych humorach. Marcin na wakacjach wysypia się znacznie szybciej niż w domu, wstaje przede mną, więc awantury "że gnije w wyrku" się nie zdarzają. Ja natomiast przestaję martwić się wyglądem i za każdym razem patrząc w lustro, akceptuję tego "po drugiej stronie". Nie dbam o fryzurę, długość brody i czystość butów. Czuję się wolny i moja naturalna zdolność do bycia szczęśliwym, manifestuje się w pełnej krasie. Myślę, że po trzech tygodniach wakacji, wszystko o czym piszę, widać na poniższym zdjęciu.
Po krótkiej rozmowie z mamą, poszliśmy na lunch do naszych krysznowców. Za 170 rupii (£1,70) zjedliśmy pyszne dmuchane naleśniki z pikantnymi sosami i zapierającymi dech piklami. Przewrotność Kota nie ma granic - w Londynie do gęby nie wziąłby takich rzeczy, tutaj powiedział "pycha".
A później przepłynęliśmy na drugą stronę rzeki i po długiej medytacji na rozgrzanym piasku zrobiliśmy sobie piknik. Obserwowani przez dziesiątki myszołowów, wylegiwaliśmy się w promieniach słońca, zajadając się mandarynkami, bananami i owsianymi ciasteczkami.
Słońce prażyło niemiłosiernie - zmusiłem Marcina do założenia chustki na głowę. Tupał nogami, ale argument, że "będę cały dzień jęczał", przemówił mu do rozsądku.
Dzisiaj postanowiliśmy dojść do oddalonego o wiele kilometrów mostu i przejść nim do miasta. Podczas naszej wędrówki krajobraz kilka razy się zmieniał, doszliśmy do bezkresnej łąki, na której pasły się krowy, a na nich ptaki, które jak to Kot stwierdził - poszły na łatwiznę
Szliśmy polną dróżką i czułem się jak bohater "Nad Niemnem", co sprawiło mi nieopisaną radość. I te cykady... Bajka!
Zamiast mogiły Jana i Cecylii, napotkaliśmy stos kremacyjny i dziwny, w naszych oczach - prowizoryczny, ołtarz. Hindusi nie przywiązują się do przeszłości. Przodkowie zmienieni w popiół ulatniają się również ze wspomnień. Pod tym względem bardzo się kulturowo różnimy.
W końcu doszliśmy do "mostu". Słynny pontoon bridge, okazał się drewniano - blaszanym, zbitym na słowo honoru, bujano-skocznym mostkiem, albo kładką. Podskakiwaliśmy razem z motorami i rikszami przez  pół godziny. Taki długi! Ale w sumie było fajnie.
A potem, całkiem przypadkiem, trafiliśmy do przydrożnej kawiarni serwującej przepyszną kawę i ciasta. Zamówiłem czekoladowe, Marcin bananowe. Chodzenie po świętym mieście jest pełne niespodzianek. Na najbardziej zakurzonej i głośnej ulicy, odnaleźliśmy oazę spokoju, pełną historycznych książek i powieści.
Wróciliśmy do hotelu. Zadzwoniłem do Anety. "Przyjedź, przyjedź" - powtarzałem kilka razy. "Przyjadę" - powiedziała w końcu. Będziemy czekać.
A teraz kolacja. Później szklaneczka whisky nad rzeką. Może spotkamy znowu kogoś ciekawego.
Dobrego dnia!