Varanasi - początkowo nazywaliśmy je "miastem śmierci", z powodu wszechobecnych stosów kremacyjnych, teraz myślimy, że to raczej - miasto przemijania. Wszystko tu bowiem jest w ciągłym ruchu, w chaosie. Proces budowania i rozpadu są tu bardziej widoczne, niż w jakimkolwiek innym miejscu. Ludzie żyją z dnia na dzień, wydają się być szczęśliwi i pogodzeni z otaczającą ich rzeczywistością. Generalnie jednak nie są wykształceni, ich wiedza często czerpana jest z legend i zabobonów.
W mieście panuje niezwykłe pomieszanie. Hindusi, buddyści i muzułmanie biegają tymi samymi uliczkami, mieszają swoje kultury, języki i proste wierzenia. W przestrzeni rozchodzą się rozmaite dźwięki i nakładając się na siebie tworzą jednolity jęk. Wyłaniają się z niego słodkie zawodzenia płynące z meczetów, dziwne melodie towarzyszące kremacjom i ryczenia niezliczonych krów. Energia jest ciężka i unosi się nad ciasnymi uliczkami, jak mgła. Narodziny i śmierć są jednym i tym samym wężem, połykającym własny ogon - kołowrót wcieleń. Droga bez początku i końca. Karma decyduje za ludzi o jakości ich życia. Tak przynajmniej wierzy większość Hindusów.
Ludzie z bardziej zaawansowanych technologicznie krajów przyjeżdżają tu z dwóch powodów. Jedni - tak jak my - szukają duchowych doznań, drudzy sztucznych rajów. W świętym mieście można znaleźć oba. Lekcje jogi, Reiki i medytacji są prowadzone na każdym rogu; tak samo narkotyki - można je kupić wszędzie. W ciągu minionego tygodnia, poznaliśmy wielu ludzi z umysłami ciężkimi jak ołów. Zaćmienie nazywali szczęściem...
Wyjeżdżamy. Notatkę piszę na klawiaturze mojego telefonu w pociągu, opóźnionym sześć godzin. Wstaliśmy skoro świt i zeszliśmy na dół o umówionym czasie. Riksza na nas jednak nie czekała. Biegliśmy więc na postój. W międzyczasie zrobiłem awanturę właścicielowi hotelu o to, że zaniedbał obowiązki i Kotu, że skoro miał czas na spacer, mógł sprawdzić, czy mamy transport.
A potem czekaliśmy sześć długich godzin w poczekalni dla zagranicznych turystów, w której stały wygodne sofy. Własnym obywatelom indyjska kolej proponuje zimną podłogę. Nigdy nie przestanie mnie to dziwić.
Kolejne godziny snują się leniwie. Siedzimy w pociągu. Stoimy w polu. Kobieta siedząca na moim miejscu tuli noworodka. Kaszle tak strasznie, że ciarki przechodzą. Dziecko - matka wygląda na zdrową. Wszędzie cuchnie. Źle czyszczone ubikacje, rozdeptane jedzenie i ludzki pot tworzą mieszankę zapachów, do której trudno się przyzwyczaić. A jednak po jakimś czasie przestaje mi to przeszkadzać. Teraz już wiem, że średniowieczni ludzie nie czuli smrodu, o którym wapomina się w niektórych książkach, przypuszczając że był wielki. Wszystko zależy od punktu widzenia.
Wczoraj była nasza rocznica. Początkowo udany dzień - chcąc nie chcąc - zniszczyła koleżanka, która nie proszona o radę zapytała, czy z Kotem wszystko w porządku. Powiedziałem, że tak. Ona zamiast skończyć zaczęła snuć opowieść o jakiś odczuciach, szarych wizjach i innych bzdurach. Zaczęliśmy się wkręcać i w końcu obaj mieliśmy wisielcze humory. Przeszło nam dopiero wieczorem. Wdrapaliśmy się na dach i pod wieloma gwiazdami sączyliśmy whiskey z plastikowych kubków za dwie rupie, celebrując prywatne święto.
Zrobiło się ciemno. Straciłem rachubę czasu. Indyjska kolej jest dobrze rozbudowana, punktualność jednak, nie jest jej mocną stroną. Ale w pociągach toczy się intrygujące życie - trudno się nudzić. Ludzie są tu bardziej bezpośredni. Rozmawiamy z nimi, poznając ich coraz lepiej. Ku naszemu zaskoczeniu, obaj dochodzimy do tego samego wniosku: poziom życia w Indiach jest przyzwoity - tutaj się nie głoduje! Owszem. Ludzie żyją w innych warunkach, które my - przyzwyczajeni do zbytku nazywamy "poniżej normy". Zastanawiam się tylko, dlaczego niektóre kraje uzurpują sobie prawo do wyznaczania limitów innym? Przecież wiadomo, że czym więcej mamy, tym więcej energii musimy poświęcić na utrzymanie wszystkiego. W końcu żyjemy dla pracy, rodziny lub domu i ogrodu, o który trzeba bezustannie dbać. Tutaj widać to wyraźnie. Myślę o moich znajomych, przyjaciołach i rodzinie. Ciągle czegoś nie mogą, bo "dzieci, urlop, pies, zdrowie...". Wymówek mają tysiące. A życie umyka...
Tutaj tak nie jest. Ludzie żyją w "tu i teraz". Radość dzieciom przynosi papierowy latawiec, którym godzinami bawią się nad rzeką. Wołane na posiłek cieszą się na widok jedzenia, a matki z uśmiechem obserwują jak ich pociechy pałaszują posiłek. Tutaj ludzie ze sobą rozmawiają, pomagają sobie i trzymają się razem. Dzielą się tym co mają, a posiadają o wiele mniej niż my - ludzie z luksusowego świata.
Jest już dwudziesta. Planowaliśmy wyjechać o dziesiątej i przybyć do Bodh Gaya o czternastej. Tak się jednak nie stało. Mieliśmy za to przygody i poznaliśmy fajnych ludzi jadących na 6-dniowe buddyjskie modlitwy, które opiszę, gdy będą się wydarzać. Póki co w pociągu robi się coraz tłoczniej: niektórzy ludzie wyciągają koce i powoli układają się do snu, inni kupują ostatnie samosy i jedzą kolację. Sprzątacz zamiata miotłą pod pryczami - wszystko tu jest inne i przez to niezwykłe.
Dojechaliśmy. Jest 22:00 i właśnie rzuciliśmy się na jedzenie w przydrożnej, indyjskiej knajpce, we wsi Bodh Gaya ;)



