Obudziłem się o siódmej rano zmarznięty do kości. Za oknem, nad horyzontem niebo raziło w oczy jaskrawymi kolorami: od jasnego różu do ciepłego pomarańczowego. Nagle wzeszło słońce. Tutaj - bliżej równika - wschód jest szybki, słońce wyskakuje spod ziemi nagle i po chwili już świeci z całą mocą. Wstałem i zacząłem rozcierać dłońmi ramiona. Różnica temperatur pomiędzy dniem a nocą w grudniu jest ogromna. Za dnia trzeba szukać cienia, w nocy kołdry - poprosiliśmy o dodatkowe okrycia na recepcji. Wychudzona dziewczynka przyniosła nam dwa wypłowiałe koce chwilę później.
Bodh Gaya jest piękne. Niewielkie buddyjskie miasteczko w stanie Bihar, znacznie różni się od reszty Indii. Jest tu czysto, cicho i wszędzie panuje harmonijna atmosfera. Psy, choć ich dużo, w ogóle nie szczekają. I są dobrze odżywione. To miła odmiana.
Co kilka kroków przed oczami wyrastają statuetki buddów, małe i duże stupy, oraz pięknie zdobione świątynie. W jednej z nich medytowaliśmy rano, słuchając później pudżry śpiewanej przez mnichów. Rezultat był łatwy do przewidzenia. Poczuliśmy jak rosną nam skrzydła.
 |
| Mnisi śpiewający pudżrę w Karma Temple. |
Następnie, po lunchu, poszliśmy pod
drzewo bodhi. Historyczny Budda tutaj właśnie osiągnął oświecenie. Dla buddystów to jedno z najważniejszych miejsc na ziemi - cel pielgrzymek. Święte drzewo nie jest oczywiście tym, pod którym siedział Siakjamuni. Nie jest aż tak długowieczne. Mówi się, że przeszczepiono gałąź, że jest w nim cząstka pradawnego figowca. W sumie wszystko jedno - liczy się symbol, który niczym starzec, wspierany podpórkami ledwo stoi. Wybudowana tuż przy nim świątynia Mahabodi, dodaje mu majestatu. Wydaje się, że jedno bez drugiego nie mogłoby już istnieć.
 |
| Mahabodi Temple. |
W ubiegłym roku bandyci chcieli zniszczyć te przedmioty kultu. Podłożyli bombę, która zraniła wiele osób. Wzmocniono ochronę. W chwili obecnej, na teren świątynny wchodzi się przez trzy bramki. Nie wolno wnosić toreb. Ochroniarze przeszukują kieszenie, inni z karabinami stoją i obserwują pielgrzymów. Dziwnie się czuliśmy medytując, w towarzystwie żołnierzy.
 |
| Drzewo Bodhi. |
Gdy zgłodnieliśmy, poszliśmy na "samosę". To takie pierożki z kartoflanym nadzieniem, mocno przyprawione. Tak nam posmakowały, że w końcu wyjadaliśmy je prosto z patelni. Sprzedawczyni nic nie mówiła, tylko liczyła i kręciła głową.
Po południu wróciliśmy do Karma Temple, w zasadzie do biura, w którym dopełniliśmy formalności rejestracyjnych. Gdy już zapłaciliśmy i wypełniliśmy wszelkie potrzebne dokumenty, okazało się, że nie mamy zdjęć. Podreptaliśmy więc do fotografa, u którego komary zderzały się ze sobą. Żeby uniknąć pogryzień, wachlowałem Kota podczas gdy pozował. Zdjęcia wyszły okropnie, ja w ogóle zamknąłem oczy, ale nikt jakoś specjalnie się tym nie przejął. Przykleiliśmy swoje gęby do identyfikatorów i ponownie wróciliśmy do biura po pieczątki. A potem poszliśmy medytować i znów słuchać śpiewających mnichów.
 |
| Uliczne jedzenie. |
Na koniec dnia powłóczyliśmy się po okolicy i doszliśmy do prawie już wyschniętej rzeki. Gdy ostatni raz tu byłem, krajobraz przypominał pustynię. Teraz wszystko porośnięte było wysoką trawą i wyglądało zupełnie inaczej. Jutro pójdziemy dalej. Za mostem, jakąś godzinę szybkiego marszu, znajdowała się urocza wioska a za nią grota Mahakali - naszego strażnika. Ale o tym jutro. Póki co jemy świeżą kukurydzę z popiołu, z cytryną i solą. Bardzo dobra!