piątek, 12 grudnia 2014

Wakacje - dzień 25

Obudziłem się o siódmej rano zmarznięty do kości. Za oknem, nad horyzontem niebo raziło w oczy jaskrawymi kolorami: od jasnego różu do ciepłego pomarańczowego. Nagle wzeszło słońce. Tutaj - bliżej równika - wschód jest szybki, słońce wyskakuje spod ziemi nagle i po chwili już świeci z całą mocą. Wstałem i zacząłem rozcierać dłońmi ramiona. Różnica temperatur pomiędzy dniem a nocą w grudniu jest ogromna. Za dnia trzeba szukać cienia, w nocy kołdry - poprosiliśmy o dodatkowe okrycia na recepcji. Wychudzona dziewczynka przyniosła nam dwa wypłowiałe koce chwilę później.

Bodh Gaya jest piękne. Niewielkie buddyjskie miasteczko w stanie Bihar, znacznie różni się od reszty Indii. Jest tu czysto, cicho i wszędzie panuje harmonijna atmosfera. Psy, choć ich dużo, w ogóle nie szczekają. I są dobrze odżywione. To miła odmiana. 
Co kilka kroków przed oczami wyrastają statuetki buddów, małe i duże stupy, oraz pięknie zdobione świątynie. W jednej z nich medytowaliśmy rano, słuchając później pudżry śpiewanej przez mnichów. Rezultat był łatwy do przewidzenia. Poczuliśmy jak rosną nam skrzydła.
Mnisi śpiewający pudżrę w Karma Temple.
Następnie, po lunchu, poszliśmy pod drzewo bodhi. Historyczny Budda tutaj właśnie osiągnął oświecenie. Dla buddystów to jedno z najważniejszych miejsc na ziemi - cel pielgrzymek. Święte drzewo nie jest oczywiście tym, pod którym siedział Siakjamuni. Nie jest aż tak długowieczne. Mówi się, że przeszczepiono gałąź, że jest w nim cząstka pradawnego figowca. W sumie wszystko jedno - liczy się symbol, który niczym starzec, wspierany podpórkami ledwo stoi. Wybudowana tuż przy nim świątynia Mahabodi, dodaje mu majestatu. Wydaje się, że jedno bez drugiego nie mogłoby już istnieć.
Mahabodi Temple.
W ubiegłym roku bandyci chcieli zniszczyć te przedmioty kultu. Podłożyli bombę, która zraniła wiele osób. Wzmocniono ochronę. W chwili obecnej, na teren świątynny wchodzi się przez trzy bramki. Nie wolno wnosić toreb. Ochroniarze przeszukują kieszenie, inni z karabinami stoją i obserwują pielgrzymów. Dziwnie się czuliśmy medytując, w towarzystwie żołnierzy.
Drzewo Bodhi.
Gdy zgłodnieliśmy, poszliśmy na "samosę". To takie pierożki z kartoflanym nadzieniem, mocno przyprawione. Tak nam posmakowały, że w końcu wyjadaliśmy je prosto z patelni. Sprzedawczyni nic nie mówiła, tylko liczyła i kręciła głową.
Po południu wróciliśmy do Karma Temple, w zasadzie do biura, w którym dopełniliśmy formalności rejestracyjnych. Gdy już zapłaciliśmy i wypełniliśmy wszelkie potrzebne dokumenty, okazało się, że nie mamy zdjęć. Podreptaliśmy więc do fotografa, u którego komary zderzały się ze sobą. Żeby uniknąć pogryzień, wachlowałem Kota podczas gdy pozował. Zdjęcia wyszły okropnie, ja w ogóle zamknąłem oczy, ale nikt jakoś specjalnie się tym nie przejął. Przykleiliśmy swoje gęby do identyfikatorów i ponownie wróciliśmy do biura po pieczątki. A potem poszliśmy medytować i znów słuchać śpiewających mnichów.
Uliczne jedzenie.
Na koniec dnia powłóczyliśmy się po okolicy i doszliśmy do prawie już wyschniętej rzeki. Gdy ostatni raz tu byłem, krajobraz przypominał pustynię. Teraz wszystko porośnięte było wysoką trawą i wyglądało zupełnie inaczej. Jutro pójdziemy dalej. Za mostem, jakąś godzinę szybkiego marszu, znajdowała się urocza wioska a za nią grota Mahakali - naszego strażnika. Ale o tym jutro. Póki co jemy świeżą kukurydzę z popiołu, z cytryną i solą. Bardzo dobra!