środa, 14 stycznia 2015

Wakacje - dzień 58

Wiosna! Przywitał nas kolejny słoneczny, pachnący i ciepły dzień. Nie chcieliśmy marnować czasu. Po szybkim prysznicu poszliśmy na śniadanie do Toma & Jerry'ego na owsiankę z kokosem i bananem oraz cudownie mocną kawę. Knajpka jest mała, ale bardzo przytulna. Znajduje się obok targu warzywnego, przy bardzo stromej uliczce. Ma tylko dwa stoliki i może zmieścić do 10-osób w jednym czasie - mimo wszystko nie ma tam tłoku. 
Czekając na posiłek można pograć w warcaby, chińczyka lub inne gry planszowe, albo też poczytać książki lub prasę. Ku naszemu zdumieniu odkryliśmy polski magazyn psychologiczny "Charaktery" i zanużyliśmy się w lekturze. Przeczytałem wywiad z nauczycielką buddyzmu zen, a także obszerny artykuł o medytacji w judaiźmie. Kot przeglądał książki i pokazywał mi ciekawe okładki, bo właśnie szukam inspiracji na pierwszą stronę tomiku poetyckiego, który robię dla Tamary. A owsianka była pyszna.
Zaraz po śniadaniu poszliśmy na górę, gdzie stoi hinduska świątynia, o której pisałem w jednej z wcześniejszych notatek. Przeoczyliśmy grotę Mahakali, a koniecznie chciałem ją zobaczyć. Okazało się, że nie jest to łatwe zadanie. Nie lubię wąskich tunelów i czuję się źle, gdy zawrócić mogę tylko idąc do tyłu, bo nie ma miejsca na obrót. Czołgając się do ołtarzyka, przeklinałem własną głupotę. No ale daliśmy radę. Zrobiliśmy zdjęcie i wężowym suwem wyczołgaliśmy się na zewnątrz. Zwalczyłem lęk, nie mogę jednak napisać, że mi się to podobało. 
Umówiliśmy się z profesorem na dwunastą - razem mieliśmy jechać do oddalonej o 12-kilometrów Sonady, gdzie znajduje się zapierająca dech w piersiach stara, buddyjska świąynia. Czekaliśmy pięć minut i stwierdziliśmy, że jedziemy sami. Już dawno stosujemy zasadę, że nie tracimy czasu na spóźnialskich. Życie jest zbyt krótkie a czas cenny.
Poszliśmy na postój taksówek. Zaczepił nas facet w średnim wieku, oferując podwózkę. "Tanio, jest poza sezonem i dużo ludzi nie ma" - powiedział. Na pytanie "ile", odpowiedział "1300 rupii". Tak mnie rozbawił, że wybuchłem śmiechem. Był nieco zdziwiony i chciał się targować, jednak popukałem się w głowę, nazywając go wariatem. Głupi turyści tak rozpuścili Hindusów, że po prostu zwariowali. W Indiach, jak zresztą w każdym innym obcym dla nas kraju nie wolno przeliczać, bo wychodzą paradoksy. 

Zeszliśmy na dół, tam gdzie tubylcy łapią transport. Razem z nimi wepchaliśmy się do jeepa i za 35 rupii podjechaliśmy do Sonady - maleńkiej, ale uroczej miejscowości pod Darjeelingiem.
Od razu rozpoznałem stupy. "To tu!" - krzynkąłem - "Proszę się zatrzymać". 
Kierowca stanął, a my w miarę szybko wygramoliśmy się z auta na środku ulicy. Podekscytowani wbiegliśmy na teren klasztoru i po kilku uprzejmościach z kilkoma mnichami, poprosiliśmy by otworzono nam świątynię. "Mało kto tu przyjeżdża" - powiedział mnich. "Uwielbiam być poza sezonem" - pomyślałem i przebierając z podniecenia nogami czekałem, aż otworzy wrota. W końcu łańcuch opadł i wnętrze pachnącej starym drewnem sali stanęło przed nami otworem.
Ołtarz jest tradycyjny, jednak po prawej stronie znajduje się unikalna, niewielka, wewnętrzna stupa. Spoczywa w niej zmumifikowane ciało wspaniałego Lamy, który zasłużył na miano "rinpocze", co oznacza "szczególnie drogocenny". Mimo, że byłem tam już wcześniej, wrażenie było piorunujące. Zrobiliśmy po trzy pokłony, obeszliśmy stupę trzykrotnie i zaczęliśmy kręcić filmy. 
Następnie 108 razy zakręciłem ogromnym młynem modlitewnym, co zajęło mi godzinę, leniwy Kot w tym czasie siedział na ławce i wygrzewał się w słońcu. A potem pkrążaliśmy liczne stupy.
Kalu Rinpocze, jest jedną z najważniejszych postaci buddyzmu tybetańskiego i moim ulubionym Nauczycielem. Urodził się w 1905 roku w Nepalu. Pierwsze nauki pobierał od swojego ojca - Karma Legsze Drajanga - który był nauczycielem buddyjskim i lekarzem. W wieku 15 lat uał się do Palpung, gdzie przez dziesięć lat intensywnie studiował w głównym klasztorze buddyjskiej szkoły karma kagyu, pobierając nauki od największych Lamów tamtych czasów, między innymi XV Karmapy. W czasie studiów odbył oczywiście tradycyjne 3-letnie odosobnienie, co dla mnicha tego typu, jest rzeczą zwyczajną. Przez następnych 15-lat Kalu Rinpocze medytował w jaskiniach, głównie na terenie Tybetu. W wieku lat czterdziestu wrócił do Palpung, gdzie otrzymał kolejne przekazy, po czym został nauczycielem medytacji XVI Karmapy i nauczycielem - przewodnikiem do spraw odosobnień, w całym wschodnim Tybecie. Na początku lat 50-tych, Karmapa wysłał Rinpocze do Bhutanu przewidując, że niebawem Tybet zostanie zajęty przez komunistyczne Chiny. Wysłannik założył kilka ośrodków na terenie Bhutanu, gdzie przebywał na zaproszenie i prośbę króla tamtego kraju. Od 1962 roku przebywał w Sonadzie, gdzie właśnie byliśmy. Wtedy właśnie spotkał Olego Nydahla i jego żonę Hannę. Byli wtedy "dziećmi kwiatami", zainteresowanymi dobrą zabawą i narkotykami. Dzięki mocy Karmapy oraz naukom, między innymi drogocennego Kalu, Ole i Hannah sami stali się lamami i założyli kilkaset ośrodków buddyjskich na świecie. Gdy na początku lat 70-tych ubiegłego wieku buddyzm dzięki pracy tych młodych ludzi zaczął rozkwitać na świecie, Czcigodny Lama wyjechał do USA i Europy, gdzie wykładał buddyzm. Założył też pierwszy w Europie tradycyjny ośrodek odosobnień we Francji. Kalu Rinpocze zmarł w Nepalu, 10 maja 1989 roku, o godzinie piętnastej. Przed śmiercią samodzielnie wskazał kobietę, która urodzi jego kolejną reinkarnację. Być może zrobił to przewidując liczne konflikty i bolesne nieporozumienia w szkole kagyu? 
17 września 1990 przyszedł na świat Yangsi Kalu Rinpoche, który oficjalnie został uznany za wcielenie Kalu, przez Situ Rinpocze 25 maja 1992. Miało to miejsce po jednej z największych tragedii jaka może stać się wśród buddystów, po rozłamie sangi (buddyjskiej wspólnoty). Po śmierci XVI Karmapy, szkoła kagyu podzieliła się. Liczne gry polityczne i kontrowersje doprowadziły do odnalezienia dwóch Karmapów, tym samym przyjaciele stali się wrogami - nastąpił rozłam. Nowa inkarnacja została odnaleziona przez jedną ze stron, czego druga nie akceptuje. Trudne to i bolesne dla zwykłego buddysty, który nie wie co robić. 
Dwa lata temu tłumaczyłem wiele wykładów Yangsi Kalu Rinpoche, który "należy do drugiej szkoły". Zobaczyłem młodego, wesołego człowieka, mówiącego wiele interesujących rzeczy. Nie czuję się jednak na siłach do jakiegokolwiek wyboru. Zresztą to strefa duchowa, nie ring bokserski.
Z powrotem nie mieliśmy problemu. Po minucie oczekiwania, machnęliśmy na przeładowanego jeepa, do którego wcisnęliśmy się jakimś magicznym, hinduskim cudem i po 15-minutach wylądowaliśmy w centrum Darjeelingu. Zjedliśmy momo (choć Marcin kręcił nosem mówiąc, że codziennie jemy to samo) i poszliśmy w dwie różne strony. Kot do hotelu a ja na pyszne ciastko z czekoladą, wisienkami i kremem.
Siedzę i jem te pyszności i na klawiaturze telefonu piszę to, co teraz czytacie. Kot napisał, że skończył to, co chciał zrobić i oznajmił, że idziemy na piwo z nowymi znajomymi. To dobry pomysł. Na piwo zawsze mam ochotę, zwłaszcza że piję raz na miesiąc.