Do dziewiątej widać szron, później wszystko rozpuszcza się w promieniach słońca, a powietrze nagrzewa do dwudziestu kilku stopni. Dni są w całości słoneczne i bezwietrzne. Trzeba smarować się filtrami i rozbierać do krótkiego rękawka.
Słońce zachodzi nagle, kilka minut po siedemnastej. Robi się chłodno. Około dwudziestej ciepłota powietrza spada prawie do zera... tak wygląda to w Darjeelingu.
Dzisiaj poszliśmy do Goom, małej miejscowości oddalonej o 8 kilometrów od naszego hotelu. Niestety Kot nadepnął mi na odcisk i całą drogę, zamiast podziwiać widoki, wykrzykiwaliśmy wszelkie grzechy główne. Gdy się rozkręcę zachowuję się skandalicznie, a później tego żałuję. Marcinek zaś jest mistrzem wbijania po cichu szpileczek. Oj działo się działo!
Gdy już było lepiej, "wlazłem swoim wielkim łbem w obiektyw" i Kotuś nie zrobił foci ciuchci. No i rozpoczął się dramat i kolejna kłótnia. Wyzywaliśmy się soczyście, to znaczy ja wyzywałem a Kot robił wszystko to, co doprowadza mnie do szału. Ale ciuchcię zrobiłem, a ona narobiła wielkiego smrodu - takiego, że się rozkaszlałem.
Uspokoiliśmy się dopiero, gdy dotarliśmy na miejsce do Goom Temple. Sam wszedłem do środka prosić o spokój i rozum, Marcin usiadł w klasztornej kawiarni i długo gadał z mnichem. Po około godzinie dołączyłem do ciekawej konwersacji. Rozmawialiśmy o różnych drogach do oświecenia, różnicach w szkołach buddyjskich, o Karmapie i Dalajlamie, który akurat jest w Kalkucie.
Podczas naszej wymiany poglądów, młodsi wiekiem mnisi zaczęli grać w palanta. Rzucali kamieniem owiniętym w gazetę, starając się odbić "piłkę" deską. Żadnemu się nie udało, ale śmiechu było mnóstwo.
Następnie poszliśmy pod stupę i po okrążeniu jej poszliśmy dalej. Po drodze wstąpiliśmy do dwóch kolejnych klasztorów i okrążając kolejne stupy, odzyskiwaliśmy równowagę. Wybuchy wtórne w postaci "nigdy ci tego nie wybaczę", "po co tu ze mną przyjechałeś skoro nie pokazujesz gestami miłości wielkiej" lub "jak mogłeś...", były coraz cichsze, aż w końcu ustały.
Wtedy machnęliśmy na załoczonego jeepa i podjechaliśmy do Darjeelingu.
Na "zgodę" poszliśmy na smażone kiełbaski z jajkiem i tostami. A później na policję, po zgodę na wjazd na teren Sikkimu. Uprzejmy naczelnik kazał wypełnić nam kwestionariusz, w którym tylko ilości włosów nie trzeba było podawać, następnie przystawił prostokątną pieczęć i wysłał do drugiego urzędu, oddalonego o pół godziny marszu. Wchodząc szybko pod górę, dysząc i pocąc się jak dwie świnki, przepraszaliśmy się i zapewnialiśmy o wielkiej miłości. Dramat zmienił się w komedię romantyczną. Takie to życie przewrotne.
Drugi urząd przypominał mi naszą polską prokuraturę, a w zasadzie wyobrażenie o niej, którą zbudowałem na podstawie filmów. Dużo korytarzy i ławek, wiele drzwi i ciasnych pokoików, zawalonych pod sufit papierami, mnóstwo sennych urzędników i wykrzywionych gęb w wyraz lekkiego niesmaku i dumy. Pan w okienku był jednak miły. Popatrzył na prostokątną pieczęć tak, jak patrzy się na banknot sprawdzając jego autentyczność, poprosił o paszporty i wbił do nich pieczęć okrągłą, dodatkowo wręczając nam pozwolenie. Zadowoleni wyszliśmy z budynku już w dobrych humorach.
Słońce zaszło, robi się zimno. Właśnie kończę pisać notatkę, owijając się kocem. Kot poszedł do hotelu przeprać skarpetki, czy też zrobić 1001- zdjęć zachodu słońca - nie pamiętam. W każdym razie wieczorem idziemy gdzieś z różnymi znajomymi. 24- godziny na dobę przez dwa miesiące to za dużo nawet dla nas. Może wykupię sobie jakąś wycieczkę i pojadę na tydzień do Hong Kongu? Co wcale nie jest głupi pomysł. A Kot niech odpocznie w Singapurze. Pomyślimy i nad tym.
Buziaki ;)


