piątek, 16 stycznia 2015

Wakacje - dzień 60

Rano zaplątaliśmy się w te wszystkie koce, narzuty i okrycia, które chronią nas przed zamarznięciem i śmiejąc się do rozpuku próbowaliśmy wydostać z łóżka. Gdy w końcu stanąłem na zimnej podłodze, odsłoniłem kotary i zobaczyłem szron na dachach budynków. Wziąłem zesztywniały od zimna ręcznik z balkonu i pobiegłem do łazienki.
Przed śniadaniem, Marcin zaprowadził mnie na sam szczyt Tygrysiej Góry, z której widok na cały Darjeeling zapiera oddech. To dziwne stać na łące, unoszącej się ponad chmurami. Czy to już właśnie to „niebo na ziemi”, o którym marzyłem? Chyba tak!
W drodze powrotnej zachwycaliśmy się licznymi oznakami wiosny, wąchaliśmy różnokolorowe kwiaty, obserwowaliśmy motyle i barwne owady, słuchaliśmy szelestu górskich strumyków i liści drzew i w tym stanie wielkiego uniesienia, doszliśmy do malutkiej świątyni. 
Mała świątynia buddyjska na Tygrysim Wzgórzu.
Młody mnich wyszedł nam na spotkanie i zapytał, czy chcemy zobaczyć wnętrze. Uradowani powiedzieliśmy że tak i zaczęliśmy rozsznurowywać buty. Chłopak w tym czasie poszedł do małego budynku w którym najwyraźniej urzędował i po chwili wrócił z kluczami. Wnętrze przeszło nasze najśmielsze oczekiwania – piękny ołtarz i malowidła na ścianach, dziesiątki błyszczących czystością statuetek, a na tronie nasz Karmapa! 
Pozłacane statuetki.

Natychmiast zaczęliśmy bić pokłony i chyba z tego powodu duchowny zostawił nas samych sobie.
Na pożegnanie obiecaliśmy przyjść na pudżrę i mocno głodni zeszliśmy do Toma i Jerry’ego na owsiankę z kokosem i bananem. Knajpka była pusta. Usiedliśmy za stołem i zaczęliśmy czytać dalszą część Charakterów, które odkryliśmy kilka dni temu. I gdy już mieliśmy zmieniać lokal, przyszedł zdyszany właściciel. Uśmiechnął się przepraszająco i nie pytając co chcemy wstawił mleko. Piętnaście minut później, mlaskaliśmy zadowoleni.
Nasyceni i szczęśliwi zeszliśmy jeszcze niżej, do ogrodu botanicznego. Chcieliśmy zobaczyć kolekcję orchidei. Niestety kwiaty nie były w zbyt dobrym stanie i wychodząc z cieplarni byliśmy mocno rozczarowani. W londyńskim Kew Garden, o każdej porze roku storczyki zachwycają odwiedzających szklarnie, w których rosną. Tutaj zobaczyliśmy dwa gatunki mocno zaniedbanych kwiatków. Na szczęście malutki kaktusowy domek przypadł nam do gustu; później podziwialiśmy kamienny ogród i niezwykłe drzewa, których nazwy czytaliśmy z tabliczek. Ogólnie jednak ogród botaniczny nie wywarł na nas wrażenia, jakiego się spodziewaliśmy.
W kaktusowym domku.

Zarówno w Darjeelingu, jak i w całych Indiach, młodzież nie ma gdzie wychodzić, a romantyczne randki są tematem tabu. Tutaj dalej aranżuje się małżeństwa i wspólne życie rodzinne, rzadko jest budowane na miłości. Parki są ostatnia deską ratunku – ucieczką w stronę wolności, której pragną młodzi ludzie. Chodząc alejkami ogrodu, obserwowaliśmy jak wiosna działa na nastolatków. Było to z jednej strony zabawne, z drugiej wzruszające.
Na obiad poszliśmy do nowej ulicznej restauracji. Przyglądaliśmy się jej kilka razy i w końcu zaryzykowaliśmy, wchodząc do środka. Jadłodajnia znajduje się również na targu warzywnym i wygląda jak szopa, w której większość powierzchni zajmuje kuchnia. 
Kot przy wspólnym stoliku, widziany z ulicy.
Gruba Tybetanka krząta się w ciasnej kuchence, miesza w wielu garach, dokłada drew do pieca, kroi, tłucze i krzyczy. Widać, że wszystko jest świeże. Jej mąż zbiera zamówienia i w kryzysowych momentach pomaga w kuchni. W części jadalnej znajdują się trzy wąskie stoły z ławami do siedzenia. Klienci upchani jak kury na grzędzie jedzą szybko, ustępując miejsca kolejnym czekającym. Bardzo żywe miejsce.
Usiedliśmy zaraz przy wyjściu i zamówiliśmy noodle (makaron ryżowy) z warzywami i wołowiną, a na drugie pierogi z warzywami. Wszystko było tak dobre, że wróciliśmy tam na kolację.

A! Zmęczony porannymi fryzurami, poszedłem do fryzjera. Powiedziałem, że chcę na krótko i chyba dobrze zrozumiał to, o czym myślałem.
"Na krótko".