Rano zaplątaliśmy się w te wszystkie koce, narzuty i
okrycia, które chronią nas przed zamarznięciem i śmiejąc się do rozpuku
próbowaliśmy wydostać z łóżka. Gdy w końcu stanąłem na zimnej podłodze,
odsłoniłem kotary i zobaczyłem szron na dachach budynków. Wziąłem zesztywniały
od zimna ręcznik z balkonu i pobiegłem do łazienki.
Przed śniadaniem, Marcin zaprowadził mnie na sam szczyt
Tygrysiej Góry, z której widok na cały Darjeeling zapiera oddech. To dziwne
stać na łące, unoszącej się ponad chmurami. Czy to już właśnie to „niebo na
ziemi”, o którym marzyłem? Chyba tak!
W drodze powrotnej zachwycaliśmy się licznymi oznakami
wiosny, wąchaliśmy różnokolorowe kwiaty, obserwowaliśmy motyle i barwne owady,
słuchaliśmy szelestu górskich strumyków i liści drzew i w tym stanie wielkiego
uniesienia, doszliśmy do malutkiej świątyni.
Młody mnich wyszedł nam na
spotkanie i zapytał, czy chcemy zobaczyć wnętrze. Uradowani powiedzieliśmy że
tak i zaczęliśmy rozsznurowywać buty. Chłopak w tym czasie poszedł do małego
budynku w którym najwyraźniej urzędował i po chwili wrócił z kluczami. Wnętrze
przeszło nasze najśmielsze oczekiwania – piękny ołtarz i malowidła na ścianach,
dziesiątki błyszczących czystością statuetek, a na tronie nasz Karmapa!
Natychmiast zaczęliśmy bić pokłony i chyba z tego powodu duchowny zostawił nas
samych sobie.
Na pożegnanie obiecaliśmy przyjść na pudżrę i mocno głodni
zeszliśmy do Toma i Jerry’ego na owsiankę z kokosem i bananem. Knajpka była
pusta. Usiedliśmy za stołem i zaczęliśmy czytać dalszą część Charakterów, które
odkryliśmy kilka dni temu. I gdy już mieliśmy zmieniać lokal, przyszedł
zdyszany właściciel. Uśmiechnął się przepraszająco i nie pytając co chcemy
wstawił mleko. Piętnaście minut później, mlaskaliśmy zadowoleni.
Nasyceni i szczęśliwi zeszliśmy jeszcze niżej, do ogrodu
botanicznego. Chcieliśmy zobaczyć kolekcję orchidei. Niestety kwiaty nie były w
zbyt dobrym stanie i wychodząc z cieplarni byliśmy mocno rozczarowani. W
londyńskim Kew Garden, o każdej porze roku storczyki zachwycają odwiedzających
szklarnie, w których rosną. Tutaj zobaczyliśmy dwa gatunki mocno zaniedbanych
kwiatków. Na szczęście malutki kaktusowy domek przypadł nam do gustu; później
podziwialiśmy kamienny ogród i niezwykłe drzewa, których nazwy czytaliśmy z
tabliczek. Ogólnie jednak ogród botaniczny nie wywarł na nas wrażenia, jakiego
się spodziewaliśmy.
Zarówno w Darjeelingu, jak i w całych Indiach, młodzież nie
ma gdzie wychodzić, a romantyczne randki są tematem tabu. Tutaj dalej aranżuje
się małżeństwa i wspólne życie rodzinne, rzadko jest budowane na miłości. Parki
są ostatnia deską ratunku – ucieczką w stronę wolności, której pragną młodzi
ludzie. Chodząc alejkami ogrodu, obserwowaliśmy jak wiosna działa na
nastolatków. Było to z jednej strony zabawne, z drugiej wzruszające.
Na obiad poszliśmy do nowej ulicznej restauracji.
Przyglądaliśmy się jej kilka razy i w końcu zaryzykowaliśmy, wchodząc do
środka. Jadłodajnia znajduje się również na targu warzywnym i wygląda jak
szopa, w której większość powierzchni zajmuje kuchnia.
Gruba Tybetanka krząta
się w ciasnej kuchence, miesza w wielu garach, dokłada drew do pieca, kroi,
tłucze i krzyczy. Widać, że wszystko jest świeże. Jej mąż zbiera zamówienia i w
kryzysowych momentach pomaga w kuchni. W części jadalnej znajdują się trzy
wąskie stoły z ławami do siedzenia. Klienci upchani jak kury na grzędzie jedzą
szybko, ustępując miejsca kolejnym czekającym. Bardzo żywe miejsce.
Usiedliśmy zaraz przy wyjściu i zamówiliśmy noodle (makaron ryżowy)
z warzywami i wołowiną, a na drugie pierogi z warzywami. Wszystko było tak
dobre, że wróciliśmy tam na kolację.
A! Zmęczony porannymi fryzurami, poszedłem do fryzjera.
Powiedziałem, że chcę na krótko i chyba dobrze zrozumiał to, o czym myślałem.




