sobota, 17 stycznia 2015

Wakacje - dzień 61

Obudziłem się o 06:57. Słońce drażniło się ze mną, rozjaśniając czerń widzianą przez zamknięte powieki, do koloru pomarańczowego. Widziałem żyłki własnych oczu i przez chwilę zastanawiałem się, jak to możliwe. Przyzwyczajony do jasności otworzyłem oczy. Kot leżał na lewym boku i mamrotał coś przez sen, koce którymi zawsze byliśmy otuleni leżały z boku.  Było mi ciepło. Poczułem przypływ radości i leniwie przeciągnąłem się, głośno ziewając.
Wczoraj kupiliśmy ogrzewacz powietrza. Był strasznie drogi, jednak żądni ciepła, chodziliśmy wokół niego jak głodne psy. W końcu wyciągnąłem wszystkie "zaskórniaki" i ze ściśniętym gardłem dokonałem zakupu. Na starość robię się strasznie skąpy i zanim wydam monetę oglądam ją kilka razy. Stosuję zasadę "im mniej wydamy, tym mniej będziemy musieli odrobić" - myślę, że to mądra zasada.
Dzięki mojej skrajnej powściągliwości w wydawaniu pieniędzy, możemy podróżować. W Indiach, w przeliczeniu na złotówki wydajemy około trzech-czterech tysięcy złotych miesięcznie. Niczego sobie nie odmawiamy, rezygnujemy jednak ze zbytków i rozrzutności. Śpimy w hotelach, w których jest bezpiecznie pod względem sanitarnym, nie zaglądamy do tych, których komfort przekracza nasze codzienne zwyczaje. Jadamy w miejscach, gdzie stołują się lokalni mieszkańcy, jeździmy z nimi lokalnym transportem i nie korzystamy z ofert dla turystów. Obaj mamy wielką satysfakcję, gdy zamykamy dzień bez przekraczania dziennego budżetu. Oczywiście jeśli jest potrzeba, otwieramy portfele i płacimy tyle ile wymaga tego sytuacja. Piszę o tym, bo kilka osób pyta o budżet i ceny. Postaram się napisać na ten temat osobną notatkę.

Dzisiaj mijają dwa miesiące naszej indyjskiej przygody. Zupełnie nie wiem, co się stało z czasem. Z drugiej strony nie ma to żadnego znaczenia. Czas jest rzeczą umowną i można go o prostu ignorować.

Dzisiaj był kolejny piękny dzień. Na śniadaniu poznaliśmy Holendrów, którzy doradzili nam zejście na dół i odwiedzenie Centrum Tybetańskich Uchodźców. Z chęcią podjęliśmy wyzwanie i weszliśmy na krętą uliczkę, ukrytą za górami od północnej strony. 
Upał panujący w mieście został rozwiany przez zimne wiatry grasujące w cieniu. Droga zaczęła robić się coraz bardziej śliska i biała. Ślizgaliśmy się, czerpiąc z tego wielką radość.
Po czterdziestu minutach doszliśmy do Centrum, które okazało się sporych rozmiarów osadą. Wioska została założona w 1959 roku, przez czterech tybetańskich uchodźców. Rok później była to już tętniąca życiem osada. Nakręciłem film i jeśli ktoś jest zainteresowany, może go obejrzeć.
Obaj byliśmy pod wielkim wrażeniem. Cofnęliśmy się w czasie, obserwując ludzi wykonujących zapomniane przez nas zawody. Przez kilka godzin obcowaliśmy z ludźmi, którzy żyją tak, jak żyli ich pradziadowie. Było to naprawdę niezwykłe doznanie.
Droga powrotna nie należała do najłatwiejszych. Pod górę idzie się wolniej. Ale przynajmniej było nam gorąco. Dopiero wtedy zauważyliśmy, że na skałach wymalowane są mantry; natknęliśmy się także na urocze kapliczki. 
Kręciliśmy młynkami, powtarzaliśmy mantry i okrążaliśmy małe stupki - na górę doszliśmy w niebiańskich nastrojach. Szczęście wyszło nam na twarze - zauważyłem to na zdjęciach. Nigdy nie przypuszczałem, że można odczuwać tak dogłębną radość. 

Ostatnio czytałem obszerny artykuł, który przypadkowo wpadł mi w ręce. Jakiś naukowiec dowodził, że wszystkie zwyczaje powtarzane codziennie przez dwa miesiące stają się nawykiem, który trudno wyplenić. Udowadniał tym samym, że możemy modyfikować swoje charaktery, nawet na siłę. Chyba przypadkiem wszczepiliśmy w umysły kilka fajnych rzeczy. Nic lepszego nie mogło nam się przydarzyć. 
Nie myślcie jednak, że stanę się aniołkiem. To nie moja ścieżka ;)

Na górze, na głównym placu w Darjeelingu panował upał. Zrzuciliśmy kocyki i poszliśmy na obiad. A później kupiliśmy najlepsze masło na świecie w lokalnej "mleczarni". Masełko pachnie jak stary żółty ser, zmieszany ze śmietaną. Smak ma wyraźny, śmietankowy i lekko słonawy. Na chlebie staje się "niebem w gębie". Właśnie teraz, pisząc te słowa zajadam się świeżym górskim chlebem z masłem, zapijając herbatą najwyższej jakości, prosto z krzaczka. Ogrzewacz pracuje i jest ciepło - niczego więcej nie pragnę.
A pojutrze jedziemy do najbardziej tajemniczej części Indii - do mroźnego, położonego wysoko w górach Sikkimu. Nasze kocyki przydadzą się z całą pewnością :)