wtorek, 6 stycznia 2015

Wakacje - dzień 49 i 50

Thali - w tłumaczeniu na język polski "talerz" - jest północnoindyjskim daniem, składającym się z: ryżu oraz placków pszennych i kukurydzianych, które podaje się z kilkoma małymi miseczkami sosów i ostrych potraw. Najczęściej są to rozgotowany groch w sosie curry, ziemniaki z marchewką na ostro, fasolka szparagowa z pomidorami w sosie chili i ser tofu z warzywami. W wersji najbardziej wypasionej dodają zsiadłe mleko, świeże warzywa i pikle, których pół łyżeczki czyści nos i powoduje płacz przez pół godziny - takie ostre. W Londynie, w restauracji u krysznowców, jedliśmy thali wiele razy, jednak dopiero w Indiach odkryliśmy jej prawdziwy smak.

Wczoraj zrobiliśmy ogromne pranie: pościel, spodnie i kilka innych rzeczy, które z małej kupki urosły do rozmiarów góry. Po porannej kaszce na mleku u Mahometa, wróciliśmy grzecznie do pokoju i z powodu braku innych możliwości, zabraliśmy się za ręczną przepierkę. Poszło szybko, bo podpatrzeliśmy jak robią to Hindusi. Nagrzaliśmy wody w wiadrze, wsypaliśmy proszek i trochę szarego mydła. Następnie wrzucaliśmy po jednej rzeczy do wiadra i przez około minutę tarmosiliśmy ją w wodzie. Potem rzucaliśmy namoczoną rzecz na podłogę i za pomocą szczotki, od góry do dołu, usuwaliśmy brud. Najgorsze miejsca smarowaliśmy szarym mydłem przed szczotkowaniem. Po wszystkim znów wrzucaliśmy ją do wiadra, gdzie przez chwilę się nad nią znęcaliśmy. Metoda dobra, bo wszystko dzisiaj wyschło i okazało się czyste. A zabawa przy tym była przednia. Pianę miałem nawet na głowie.
Kot nad Thali special - dodatkiem był pyszny deser: słodka kulka z mleka.
Jedno czego od rdzennych mieszkańców nie wzięliśmy, to sposób suszenia. Wolimy jednak tradycyjne sznurki od rozkładania czystych, mokrych szmat na piachu. Wczoraj wieczorem, gdy wracaliśmy z wioski Sujata, obserwowaliśmy proces składania wyschniętego prania. Zakurzone, pełne piasku koce można jeszcze wytrzepać. Ale majtki? Dlatego też nie korzystamy z popularnego serwisu pralniczego.
Serwis pralniczy, pod jednym z ekskluzywnych hoteli.
Dzisiaj obudziły nas promienie słońca. Pogoda każdego dnia jest taka sama - piękna. Dlatego dzień zaczynamy od uśmiechu - jak można inaczej, gdy po otwarciu okien, człowiek doświadcza raju? Z naszego okna widać niskie drzewa, zielone pola i palmy. Ponad tym wszystkim rozpościera się bezchmurne, błękitne niebo...
Postanowiliśmy udać się na długi spacer do Groty Mahakali. Najpierw jednak poszliśmy na śniadanie. English breakfast, było idealnym rozwiązaniem: syte i kaloryczne. Dlatego na drogę kupiliśmy już tylko wodę i owoce. Gdy weszliśmy na znaną nam drogę, osiągnęliśmy to, czego szukamy najczęściej - święty spokój.
Jesteśmy już miesiąc w Bodh Gaya. W tym czasie ryż wyrósł już ponad miarę, a kalafiory dawno przekwitły. Rzepakowe pola przybrały dojrzałą, ciepłą, żółta barwę a siano, które gdy przyjechaliśmy było jeszcze trawą - wyschło. Tylko widoki te same. Szliśmy tak przez prawie dwie godziny, ciągle wzdychając.
Nasz ulubiony widok.
- Wolę wioski indyjskie od miast - Kot przybrał minę naukowca - jest tu czysto i spokojnie...
- Ja też. Możemy poszukać jakiejś pracy na miesiąc. Możemy uczyć dzieci angielskiego, może matematyki, zresztą na podstawowym poziomie mogę nauczać wielu przedmiotów...
Zagłębiliśmy się w tej rozmowie i stwierdziliśmy, że to całkiem dobry pomysł.
Jedna z mijanych wiosek.
Gdy dotarliśmy na miejsce, była czternasta. Ponieważ byliśmy spoceni, zaczęliśmy okrążać stupę. W grocie jest dwa razy cieplej i po kilku minutach człowiek zalewa się potem. Dodatkowo setki lampek maślanych spalają powietrze. Nie jest łatwo medytować w takich warunkach. Pod stupą też nie było łatwo. Kilkadziesiąt małp biegało wokół niej, łapiąc rozmodlonych pielgrzymów za dyndające male. Niektóre były dość agresywne. Obłaskawione ciastkami zajmowały się jedzeniem. W końcu udało nam się zrobić kilka "kółek". Niektórzy pewnie spytają "po co oni ciągle okrążają te stupy?" Po pierwsze, już kiedyś pisałem. Czynność ta sprawia mi wiele satysfakcji i uspokaja mnie bardziej od relanium. A po drugie "w wielu sutrach mówi się, że jeśli oddajemy hołd, okrążamy lub darujemy coś stupie z jednoupunktowionym zaufaniem, lub z umysłem pełnym radości i wdzięczności – osiągniemy takie same rezultaty, jakbyśmy to robili przed samym Buddą. Dlatego też wszystkie życzenia wyrażane na czas tego lub kolejnych żywotów przez buddystów i niebuddystów, okrążających lub obdarowujących stupę, lub też oddających jej hołd, spełnią się" (Mira Starobrzańska, "Impresja węgierska" - Diamentowa Droga 44). Wiele życzeń wyrażonych pod stupą spełniło nam się w najlepszy z możliwych sposobów. Czemu więc mielibyśmy tego nie robić?
Małpa z małpką i pomarańczą. Ta mała wygląda jak kosmitka :)
Grota Mahakali, znana też jako Dungeshwari Cave, to miejsce o niezwykłej mocy. Uważa się, że właśnie tutaj, historyczny Budda medytował przez sześć lat, zanim wybrał "drogę środka". Po opuszczeniu pałacu, młody Siddhartha poszukując odpowiedzi na wiele pytań, przez sześć lat poddawał się tak skrajnym umartwieniom, że prawie umarł. Dla upamiętnienia tego faktu, w grocie znajduje się złota statua wyniszczonego ascezą Siddharthy, zanim osiągnął pełne oświecenie. Wiąże się z tym ciekawa legenda. Pewna kobieta widząc wychodzonego mężczyznę, podała mu miskę ryżu. Przyszły Budda przyjął ofiarę, po zjedzeniu której zaszła w nim przemiana. Zrozumiał, że skrajne wyniszczanie ciała nie prowadzi nikogo do oświecenia. Wtedy tez wybrał drogę umiaru, znaną powszechnie jako drogę środka, którą kroczy większość współczesnych buddystów.
Wczoraj byliśmy w hinduskiej świątyni, poświęconej temu właśnie "faktowi". Znajduje się tam ołtarz, na którym młoda niewiasta z miską ryżu siedzi przed Buddą. Wzruszające.
Stupa w miejscu wielkiej mocy, ja i małpy.
Wróćmy do dnia dzisiejszego. Po kilku okrążeniach poszliśmy medytować do małej świątyni, znajdującej się na prawo od groty. Stwierdziliśmy, że nie damy rady siedzieć bez tlenu w temperaturze sześćdziesięciu stopni Celsjusza, przez minimum godzinę. To był dobry wybór. I nieco zabawny. Podczas gdy medytowaliśmy, przez kapliczkę przewinęło się z dwieście tybetańskich turystów. Akurat wtedy przyjechali! Robili pokłony przed posągiem, za każdym razem, dotykając moich kolan piętami. Tak niewielka jest powierzchnia. W końcu to zaakceptowałem i przestałem się rozpraszać.
Do groty weszliśmy tylko "odmówić" po mantrze. Dewocja w czystej postaci!
Kot po medytacjach. Japonki i skarpetki w Indiach są hitem.
Droga powrotna nieco nam się dłużyła. Chodzenie w klapkach jest przydatne w świątyniach, gdzie co chwilę trzeba ściągać buty. Posadzki są zimne, więc skarpety obowiązkowo trzeba mieć na nogach. Podobno w Polsce, facet w klapkach i skarpetkach to "wiocha". Nigdy tego nie rozumiałem. W Indiach, Chinach i Japonii nosi się skarpetki do popularnych "japonek", bo do świątyń, czy nawet mieszkań (Chiny, Japonia), nie wchodzi się w butach. Zresztą w Anglii też panowie w zimne poranki zakładają grube skarpeciochy do sandałów. Kto to więc wymyślił w naszym kraju? Pewnie panie, które skarpet nie noszą i marzną. Z zazdrości to zrobiły nam, żebyśmy mieli katar!
Tradycyjna statua Buddy w małej kapliczce gdzie medytowaliśmy.
Trzymajcie się bardzo ciepło!!!