niedziela, 11 stycznia 2015

Wakacje - dzień 53,54 i 55

Darjeeling! Perła Indii. Najpiękniejsze miasto, jakie ten kraj posiada. Miejsce, w którym czyste, chłodne powietrze ma zapach wiecznego śniegu leżącego na najwyższych górach świata. Ulice są tu czyste, roślinność bujna a ludzie wyjątkowo uprzejmi. Mimo, że to Indie, niewielu Hindusów tu mieszka. Tubylcy mają skośne oczy i harde spojrzenie. To tutejsi górale - Tybetańczycy, Sikkimczycy i Bhutańczycy - ludzie honoru i nienaruszalnych moralnych zasad. Nie szczekają za nami jak psy i nie padają do stóp, próbując wyłudzić kolejnych kilka rupii. Bardzo nam się ta ich cecha podoba. W Bodh Gaya czuliśmy się jak w niebie, cóż więc możemy napisać o tym miejscu? Nie sposób znaleźć odpowiednich słów.

Podróż mieliśmy trudną. Napisałem o tym wiele zdań, po dzisiejszym dniu jednak wszystkie trudności, które spotkaliśmy po drodze straciły na znaczeniu. Cóż z tego, że pociąg był opóźniony i że Patna okazała się brzydkim i głośnym miastem? Dotarliśmy tutaj - do krainy, gdzie wszystko jest godne zachwytu.

Wszystko zaczęło się rano, kiedy otworzyliśmy okno. Chłodny powiew wiatru natychmiast mnie obudził, widok natomiast oszołomił.
- Marcin - krzyknąłem - wstań natychmiast! Zobacz!
Kot wyskoczył z łóżka i wybiegł na balkon. Obaj robiliśmy zdjęcia, pokazując sobie jak wychodzą. Żadne nie oddawały tego, co rzeczywiście mieniło się przed naszymi oczami. Oczarowani i zachęceni pogodą wybiegliśmy prawie na zewnątrz. Przede wszystkim zaskoczyła nas cisza. Mieszkamy na Tygrysim Wzgórzu, które znajduje się 2600 metrów nad poziomem morza. Strome uliczki nie dopuściły rikszarzy i kierowców tuk-tuków. Nikt nie trąbi i nie zachęca do korzystania ze zbędnych usług. Dla krów, świń i innych wałęsających się po całych Indiach zwierząt też za wysoko. Dlatego też ulice są czyste, tak jak nasz hotelowy pokój, którego standard nie odbiega od europejskich.

Krajobraz, który zobaczyliśmy po przebudzeniu.
Budynki murowane, wzniosłe, często w stylu wiktoriańskim. Przestrzeń zaprojektowana ze smakiem i zrozumiałą dla nas logiką. Ulice porządne i szerokie - zdarzają się też chodniki. Wszystko dlatego, że na początku XIX wieku Brytyjczycy postanowili zrobić z Darjeelingu miejscowość uzdrowiskową. Kolejnym powodem jest mentalność ludzi gór - mają inną od Hindusów karmę i szerszy, czystszy horyzont myślenia. Takie jest nasze wspólne zdanie.
Po śniadaniu, na które zjedliśmy doskonałą owsiankę i chleb z solonym masłem, zaprowadziłem Kota do miejsca, które lubię najbardziej.
W drodze do "niespodzianki".
Szliśmy prawie godzinę pod górę, ale każdy etap wędrówki, dzięki otaczającej nas przyrodzie był fascynujący. Mieliśmy tak dobre humory że co chwilę podskakiwaliśmy jak dzieci, od czasu do czasu klaszcząc w ręce. W końcu doszliśmy do linowej kolejki, by z góry spojrzeć na miejsca, które pokochałem dwanaście lat temu, będąc tu po raz pierwszy. Mieliśmy wiele szczęścia i do kabiny wsiedliśmy sami. 
W kabinie, kilkadziesiąt metrów nad herbacianymi krzaczkami.
Przez 40 minut mogliśmy samodzielnie podziwiać cudownie widoczne Himalaje i wzgórza przed nimi na których, jak daleko okiem sięgnąć, rozciągały się plantacje herbaty. 
Raj.
Na dole udaliśmy się na długi spacer. Temperatura za dnia doszła do dwudziestu stopni, tak więc wędrówka była przyjemnością. Przyjrzeliśmy się z bliska herbacianym drzewkom, kilku hinduskim świątyniom i domkom, z których każdy był oryginalny i bajecznie kolorowy. "To kraina bogów" - głośno pomyślałem.
Następnie udaliśmy się na herbatę o smaku tak delikatnym, że nie mogłem powstrzymać się od wylizania filiżanki. Kot mlaskał i z podziwem patrzył w swój kubek. 
Kot cały w zachwytach.
Oczywiście kupiliśmy duże opakowanie najlepszych gatunkowo liści - smak napoju jest naprawdę urzekający. W restauracji na wzgórzu zjedliśmy tez pierogi z sosem chili. Po dwie porcje - też z powodu ich smaku. Kucharka wsparta pod boki śmiała się z nas, mówiąc "najlepsze momo na świecie". Trudno było się nie zgodzić.
W drodze powrotnej weszliśmy do hinduskiej świątyni, mieszczącej się na kolejnym wzgórzu. 
U bram świątyni.
Tak naprawdę myśleliśmy, że to buddyjska stupa. Budowlę otaczały miliony charakterystycznych dla Tybetu, różnobarwnych chorągiewek. Dopiero na górze, okazało się, że to święte miejsce Hindusów. Ale tutaj znowu czekała na nas niespodzianka. W wielu miejscach zobaczyliśmy bowiem różne formy buddów. Dopiero później okazało się o co chodzi. Buddyzm i hinduizm w kilku miejscach mają wspólną historię. Tym razem znów chodziło o wspomnianą kilka notatek wcześniej kobietę, która podarowała Buddzie miseczkę z ryżem, przyczyniając się do zmiany Jego myślenia. Wszystko stało się jasne. Zrozumieliśmy, dlaczego posągi Buddy i Kriszny znajdują się w jednym miejscu, obecność krów i tancerek też wydała się logiczna.
Wieczorem temperatura nagle zaczęła spadać. Tutaj w górach różnice pomiędzy dniem i nocą są znaczne. Wczoraj gdy przyjechaliśmy, było około zera. Pod puchowymi kocami jednak nie zmarzliśmy, mimo wycieńczenia z powodu męczącej i długiej podróży. Dwa dni temu opuściliśmy bowiem nasza ukochaną Bodh Gayę i Mahabodi Temple, gdzie codziennie medytowaliśmy i robiliśmy pokłony. Po śniadaniu riksza zabrała nas do Gai, skąd bez żadnych przeszkód kupiliśmy dwa miejsca na najgorszą - drugą klasę siedzącą, w pociągu osobowym, który stał już na peronie. 
Wnętrze osobowej "dwójki".
Do Gai dotarliśmy na czas. W Indiach pociągi osobowe chodzą jak zegarki, czego niestety  nie można powiedzieć o ekspresach. Obawialiśmy się, że nasz szybki North-East Express będzie opóźniony, jak się później okazało - słusznie. Ale wróćmy do stolicy stanu Bihar. Miasto jest brzydkie, przynajmniej takie nam się wydało. Po opuszczeniu "nieba", zatłoczone i hałaśliwe uliczki wielkiego miasta okazały się piekłem. Poszliśmy więc pod stupę, do Buddha Park, znajdującego się zaraz przy dworcu. Niestety ani mnie, ani Marcinowi budowla nie przypadła do gustu. Szara, betonowa kopuła otoczona schodkami i galerią przypominała raczej wymyślny dom kultury, niż miejsce w którym można osiągnąć spokój. Obeszliśmy ją mimo wszystko jednokrotnie i wyszliśmy z parku. 
Stupa w Patna.
Wieczorem okazało się, że ekspres opóźniony jest o godzinę. Odebraliśmy plecaki z przechowalni bagażu i weszliśmy do kawiarni, którą musieliśmy opuścić o północy. Pociąg zwiększył opóźnienie. Wściekli i zmęczeni odkryliśmy poczekalnię dla mężczyzn i po krótkiej walce o stołek usiedliśmy. O drugiej w nocy zrobiłem awanturę naczelnikowi stacji, bo uważał, że czterogodzinne opóźnienie pociągu jest całkiem zabawne. O czwartej rano usnęliśmy siedząc na ławce i opierając głowy o plecaki. 
Półżywy Kot.
O szóstej rezygnacja i bezsilność wyparły wszystkie inne emocje. Zmęczenie pozwoliło zobaczyć mi całą tą sytuację z mniej egoistycznego punktu widzenia. Spojrzałem na te wszystkie kobiety z dziećmi, skulonych pod ciężarem bagaży drobnych mężczyzn i w końcu na umordowanego Kota - poczułem współczucie. O siódmej rano wrócił mi dobry humor, wraz z nim nasz ekspres pojawił się na tablicy i kilka minut po ósmej wjechał na peron.
Na naszych miejscach siedziało dwóch drobnych chłopaków. Wygoniłem ich z taką siłą, że zapomnieli butów. Po prostu zrzuciłem ich z prycz. Po kilku minutach wrócili i trzęsąc się ze strachu pokazali mi bilet. Biedacy mieli te same miejsca co my. Daliśmy im środkową pryczę, na której nie zmieścilibyśmy się razem z Marcinem i odgradzając się od reszty świata plecakami, usadowiliśmy się przy oknie. Po chwili pojawił się młody chłopak - muzułmanin. Powiedział, że jego przyjaciel zrezygnował z podróży i odstąpił mi jego łóżko. Po tej zamianie przestaliśmy czekać na konduktora i po prostu usnęliśmy. Obudził nas personel pociągu, zbierający zamówienie na obiad. Wybraliśmy Thali - całkiem znośne w smaku.
Obiadek.
Indyjskie ekspresy tętnią życiem. Zazwyczaj każde miejsce jest zajęte. Oprócz tego po podłodze przemykają liczni okaleczeni żebracy, średnio co kilka minut pojawia się nowy. Najczęściej bezgłośnie wyciągają rękę, jeśli jej nie mają trącają kikutem, ewentualnie głową, gdy okaleczenie jest głębsze. Ślepcy śpiewają. Dzisiaj jeden chłopak, najprawdopodobniej urodzony bez oczu śpiewał przejmująco smutną piosenkę, raz po raz uderzając w tamburyno. Pojawiła się transseksualna tancerka, która zebrała najwięcej datków. Cały przedział ożywił się przy jej występie, podróżni wkładali jej za pasek na biodrach banknoty. Pomiędzy występami, przez cały czas, przynajmniej raz na minutę, w wagonach pojawiają się sprzedawcy. Handlują wszystkim. Noszą jedzenie, wodę, soki, zabawki, zegarki, drobny sprzęt komputerowy, zabawki, przybory do mycia, materiały, ubiory, koce i wiele innych rzeczy, których na próżno szukać w sklepach.
Planowo mieliśmy być na ósmą rano, 9-godzinne opóźnienie spowodowało jednak, że "plan" przesunął się na osiemnastą. Na szczęście nie byliśmy głodni ani spragnieni. Na brak rozrywki także nie mogliśmy narzekać. Przeczytałem już pierwszy tom "Faraona", Marcin delektował się "W pustyni i w puszczy" lub spał. Dzień przed wyjazdem ściągnęliśmy kilka darmowych książek na nasze komórki, co okazało się bardzo dobrym pomysłem. Na stacjach zaopatrzyliśmy się w owoce i napoje w butelkach, wypiliśmy też kilka herbatek serwowanych z ogromnych czajników po pięć rupii każda. 
Kobiety sprzedające banany na peronach.
Dotarliśmy o dziewiętnastej. Zaraz po wyjściu rzucili się na nas kierowcy przeróżnych pojazdów. Tym razem jednak potrzebowaliśmy dobrego jeepa z doświadczonym kierowcą. Zgłosiło się kilku, wybraliśmy "człowieka gór" oferującego przewóz wygodnym chryslerem. Dorze patrzyło mu z oczu i wysoka cena, którą zaproponował, była mimo wszystko możliwa do przełknięcia. Droga do Darjelingu jest trudna: kręta i dość niebezpieczna, poza tym jedzie się cały czas pod górę przez mniej więcej trzy godziny. Ale za to jakie widoki! Zieleń drzew przepleciona różnokolorowymi dachami! Ulica wije się jak wąż. Patrząc teraz z góry, z siedmiu tysięcy stóp w dół, widzę nieliczne światełka samochodów, które przesuwają się miarowo. Gdy pisałem te słowa, przechodziły mnie ciarki z podniecenia i może trochę ze strachu. Jechaliśmy bowiem nad przepaścią, drogą wąską i nierówną, bez barierek i świateł bezpieczeństwa.
- Jaki jestem szczęśliwy! - Kot klaskał w ręce - w ogóle, gdzie ja jestem? Siedzimy sobie w samochodzie a tu z jednej strony Himalaje, z drugiej przepaść!

Dzisiaj obserwując jeden z najpiękniejszych zachodów słońca z okien kawiarni, gdzie delektujemy się pysznymi muffinami i cappuccino mamy, ciągle czujemy jak rozpiera nas radość. Wysyłamy Wam Ludzie całe pokłady tej dobrej energii. Dużo jej i dla każdego starczy :)
Zachód nad herbacianymi wzgórzami.