wtorek, 9 grudnia 2014

Wakacje - dzień 22

Miałem bardzo dziwne sny. Tutaj w Varanasi nachodzą człowieka takie przemyślenia, które nie przychodzą do głowy w innych miejscach. Myślę, że dobrze pomieszkać w świętym miejscu chociaż kilka dni - po naturalnym szoku, przychodzi zrozumienie, a przynajmniej pojawiają się użyteczne refleksje.

Wstaliśmy w dobrych humorach. Marcin na wakacjach wysypia się znacznie szybciej niż w domu, wstaje przede mną, więc awantury "że gnije w wyrku" się nie zdarzają. Ja natomiast przestaję martwić się wyglądem i za każdym razem patrząc w lustro, akceptuję tego "po drugiej stronie". Nie dbam o fryzurę, długość brody i czystość butów. Czuję się wolny i moja naturalna zdolność do bycia szczęśliwym, manifestuje się w pełnej krasie. Myślę, że po trzech tygodniach wakacji, wszystko o czym piszę, widać na poniższym zdjęciu.
Po krótkiej rozmowie z mamą, poszliśmy na lunch do naszych krysznowców. Za 170 rupii (£1,70) zjedliśmy pyszne dmuchane naleśniki z pikantnymi sosami i zapierającymi dech piklami. Przewrotność Kota nie ma granic - w Londynie do gęby nie wziąłby takich rzeczy, tutaj powiedział "pycha".
A później przepłynęliśmy na drugą stronę rzeki i po długiej medytacji na rozgrzanym piasku zrobiliśmy sobie piknik. Obserwowani przez dziesiątki myszołowów, wylegiwaliśmy się w promieniach słońca, zajadając się mandarynkami, bananami i owsianymi ciasteczkami.
Słońce prażyło niemiłosiernie - zmusiłem Marcina do założenia chustki na głowę. Tupał nogami, ale argument, że "będę cały dzień jęczał", przemówił mu do rozsądku.
Dzisiaj postanowiliśmy dojść do oddalonego o wiele kilometrów mostu i przejść nim do miasta. Podczas naszej wędrówki krajobraz kilka razy się zmieniał, doszliśmy do bezkresnej łąki, na której pasły się krowy, a na nich ptaki, które jak to Kot stwierdził - poszły na łatwiznę
Szliśmy polną dróżką i czułem się jak bohater "Nad Niemnem", co sprawiło mi nieopisaną radość. I te cykady... Bajka!
Zamiast mogiły Jana i Cecylii, napotkaliśmy stos kremacyjny i dziwny, w naszych oczach - prowizoryczny, ołtarz. Hindusi nie przywiązują się do przeszłości. Przodkowie zmienieni w popiół ulatniają się również ze wspomnień. Pod tym względem bardzo się kulturowo różnimy.
W końcu doszliśmy do "mostu". Słynny pontoon bridge, okazał się drewniano - blaszanym, zbitym na słowo honoru, bujano-skocznym mostkiem, albo kładką. Podskakiwaliśmy razem z motorami i rikszami przez  pół godziny. Taki długi! Ale w sumie było fajnie.
A potem, całkiem przypadkiem, trafiliśmy do przydrożnej kawiarni serwującej przepyszną kawę i ciasta. Zamówiłem czekoladowe, Marcin bananowe. Chodzenie po świętym mieście jest pełne niespodzianek. Na najbardziej zakurzonej i głośnej ulicy, odnaleźliśmy oazę spokoju, pełną historycznych książek i powieści.
Wróciliśmy do hotelu. Zadzwoniłem do Anety. "Przyjedź, przyjedź" - powtarzałem kilka razy. "Przyjadę" - powiedziała w końcu. Będziemy czekać.
A teraz kolacja. Później szklaneczka whisky nad rzeką. Może spotkamy znowu kogoś ciekawego.
Dobrego dnia!





poniedziałek, 8 grudnia 2014

Wakacje - dzień 20 i 21

W niedzielę obudziło nas, jak zwykle w Varanasi, ujadanie psów i ryk krowy przeżuwającej reklamówki pod naszym hotelem. Było kilka minut po ósmej. Przeciągnąłem się i spojrzałem na Kota - udawał, że jeszcze śpi. Postanowiłem też poudawać i w rezultacie ponownie zasnąłem. 
Wstaliśmy po dziewiątej. Zabrałem się za pranie, Marcin poszedł na zakupy i zniknął na pół godziny, a ja w tym czasie wszystko wypłukałem i przygotowałem do rozwieszenia.  
- Mamy ciepłą wodę w kranie - oznajmiłem - chyba z okazji niedzieli. Zazwyczaj z kranu leci zimna. Długo musieliśmy się przekonywać do lodowatych pryszniców. Ale człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Tym bardziej niedzielna, letnia kąpiel była specjalnym darem.

Zadzwoniłem do mamy, pogadaliśmy chwilę i poszliśmy na lunch. Nasza knajpka w świętym mieście prowadzona jest przez krysznowców. Gotują smacznie i są czyści. To bardzo ważne. Zjedliśmy Rawa Onion Dosa - rodzaj bardzo cienkiego placka ziemniaczanego, położonego na zasmażanych warzywach, podawanego z gulaszem warzywnym na ostro. Wyśmienite i bardzo syte. 

Jako że dzień był wyjątkowo upalny, postanowiliśmy powłóczyć się nad rzeką. Zaczepiani przez właścicieli łódek szliśmy powoli, kompletnie ich ignorując. "Chytry dwa razy traci" - stwierdził Kot. To prawda. Łódek, tak jak taksówek, riksz, sklepów i tuk-tuków jest za dużo. Hindusi zamiast zarabiać uczciwie, widząc turystę, chcą go naciągnąć. Rezultatem jest bezrobocie. 
Kilka kroków za centrum, życie wygląda zupełnie inaczej. Ludzie stają się mniej natarczywi, czym dalej, tym częściej ignorują białych przybyszów "z kosmosu". Zwierzęta również poza centrum są spokojniejsze. Psy merdają przyjaźnie ogonami a świnki leżą w słońcu, zamiast biegać jak opętane.
Włóczyliśmy się przez całe popołudnie po oświetlonych słońcem uliczkach, po świecie, w którym w harmonii ze zwierzętami żyją uśmiechnięci ludzie. Mężczyźni zajęci pracami budowlanymi, lub naprawianiem przedziwnych pojazdów śpiewali melodyjne piosenki, kobiety śpiewały również, zbierając drewienka na opał lub zajmując się małymi dziećmi. Cały tutejszy świat wydawał się być przesycony miłością.
Zupełnie inaczej wygląda miejskie życie. Wszystko wydarza się w niewyobrażalnie ciasnych uliczkach, do których nigdy nie dociera słońce. Ludzie są skrajnie pomieszani i w żaden sposób nie są w stanie zaznać spokoju. My to nazywamy karmą.
Indie to stan umysłu. Nie mam co do tego wątpliwości. Obaj z Marcinem jesteśmy zakochani w tym wielkim kraju - przebywanie tutaj leczy ducha, otwiera oczy na wiele spraw i czyni człowieka zwyczajnie szczęśliwym. Z pozycji turysty to raj.
Wieczór spędziliśmy na dachu, z którego rozciągał się niesamowity widok na świętą rzekę. Muzycy z Izraela, Hiszpanii, USA i Francji grali i śpiewali angielskie i później swoje narodowe piosenki. Hindusi obsługujący imprezę zadbali o zimne piwo. I gdy wszyscy wprowadzili się w błogi nastrój, muzyka z czasów dzieci kwiatów, popłynęła z głośników. Rozpoczęły się tańce przy ognisku...
A dzisiaj spaliśmy o wiele dłużej. Gdy otworzyliśmy balkon, powietrze było już mocno nagrzane. W kranie znów pojawiła się gorąca woda - wykorzystałem ten cud i zanurzyłem się pod gorącym strumieniem. 

Po śniadaniu poszliśmy na spacer. Kupiliśmy banany i co jakiś czas zjadaliśmy po jednym, dzieląc się odpadkami z krowami. 
W Indiach odkryłem kolejny "cud", z którego wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy. Google Map działa wszędzie, nawet jak nie ma internetu. Dzięki temu mogliśmy sobie pozwolić na krążenie po małych uliczkach i zakątkach miasta, bez obaw że się zgubimy. To naprawdę niezwykle przydatna aplikacja w telefonie.

Zmęczeni upałem i długim spacerem usiedliśmy na schodach przy Gangesie. I trwaliśmy tak w bezruchu kilka błogich godzin, napawając się spokojem. I musimy napisać, że był to kolejny, powolny i piękny dzień.
Pozdrawiamy z knajpki, w której jadamy kolacje. Dzisiaj zupa warzywna i cebulowa a na drugie ryż w warzywami i ostre curry (ja).




sobota, 6 grudnia 2014

Wakacje - dzień 18 i 19

W piątek obudziliśmy się później niż zwykle. Otworzyłem balkonowe drzwi, wyszedłem na zewnątrz i zobaczyłem... biel! Nie mogłem dojrzeć nawet budynku po przeciwnej stronie ulicy. Nigdy wcześniej nie widziałem tak gęstej mgły. A przecież jestem z Londynu - miasta mgieł, których nigdy nie doświadczyłem.

Wyszliśmy na śniadanie. Temperatura spadła o piętnaście stopni w stosunku do dnia poprzedniego i od razu zrobiło się lepiej. Dla nas plus dwadzieścia jeden, jest optymalna - dla Hindusów, musiało być bardzo zimno, bo nałożyli czapki, rękawice i różnokolorowe palta. "Very cold - very cold" powtarzali bez przerwy, przytupując nogami. "Zimno" jednak ulotniło się wraz z mgłą i gdy wychodziliśmy z restauracji, na zewnątrz panowała typowa dla Indii, grudniowa temperatura.

Varanasi nie ma terenów zielonych. Jest gęsto zabudowane i nawet chwasty nieczęsto się zdarzają. Zwierząt natomiast żyje tu bez liku. Setki, a może nawet tysiące psów, kóz, owiec i krów, chodzą po ulicach i padają z głodu. Tylko krowy są dokarmiane. Przechodnie dają im placki, naleśniki oraz owoce i warzywa. Zwyczajną rzeczą jest widok leniwej krasuli przeżuwającej ciasto lub choćby truskawki.
Krasula nie gardzi truskawkami.
Poszliśmy nad rzekę. Włóczyliśmy się godzinami, obserwując codzienność tubylców. Dziesiątki mężczyzn, czasami kobiet wchodzi do rzeki i pierze brudne rzeczy. Mydliny porywa prąd i miesza się z popiołem pochodzącym ze stosów kremacyjnych. Nie da się zapomnieć tego widoku. Uprane rzeczy kładą na schodach i chodnikach, rzadko wieszają na sznurkach. Wczesnym popołudniem, właściciele ubrań, zbierają je odymione i znikają za schodami w ciasnych uliczkach.
Wielkie, codzienne pranie.
Wszędzie obok panuje nieustanny gwar. Ludzie wyładowują suche drewno z łodzi i układają je w olbrzymie stosy. Z drugiej strony, niscy mężczyźni zabierają konary i układają w małe stosy. Kładą na to zmarłych i przykrywają kolejnymi gałęziami. Zmarli leżą na noszach na deptaku, w kolejce. Czasami jest ich wielu... to wszystko przypomina pracę mrówek. Na schodach siedzą ludzie i obserwują kremacje. Piją kawę lub herbatę rozlewanych z wielkich, aluminiowych czajników.
Mężczyźni od układania kremacyjnych stosów.
Po leniwym dniu wyszliśmy na wieczorny spacer. Planowaliśmy udać się na wieczór jazzowy, niestety ilość komarów w miejscu imprezy skutecznie nas odstraszyła. Bierzemy leki i smarujemy się najsilniejszymi, przeciwkomarowymi specyfikami, jednak to co zobaczyliśmy w lokalu muzycznym, przeszło nasze wyobrażenia. Spacerowaliśmy więc wzdłuż rzeki. Tubylcy i garstka turystów siedzieli na schodach, dużo ludzi grało w karty; dzieci puszczały latawce lub jadły ziemne orzeszki, które tutaj są najtańszym i najpopularniejszym przysmakiem. Orzeszki prażone są na rozgrzanej blasze w gorącym piasku. Można je spokojnie jeść - w takiej temperaturze ginie wszystko, co niebezpieczne.
Dziadek od orzechów.
Sobotę postanowiliśmy spędzić z dala od hałasu i ludzi. Zaraz po śniadaniu w knajpce, którą sobie upatrzyliśmy, poszliśmy nad rzekę. Wynajęliśmy łódkę i kazaliśmy się zawieźć na drugi brzeg. "Ale tam nic nie ma" - nie po raz pierwszy usłyszeliśmy. "I o to chodzi" - odpowiedzieliśmy, nie licząc na zrozumienie. Po drugiej stronie poczuliśmy błogi spokój. Wielokilometrowa, bezludna przestrzeń przed nami oznaczała wolność. Poczułem przypływ energii i rosnący entuzjazm.
Marcin i jego jaskółki (film na facebooku).
Przez wiele godzin chodziliśmy po wyschniętej części świętej rzeki. Piasek był czysty, suchy i ciepły. Oglądaliśmy muszelki - wszystkie białe, najczęściej stożkowate, rzadko płaskie lub w kształcie łzy. Od czasu do czasu zdarzały się żabki - maleńkie - najwyżej wielkości paznokcia u serdecznego palca, koniki polne i bliżej brzegu mrówki, większe od napotkanych wcześniej płazów.
Usiedliśmy w ciszy. Słońce prażyło przez lżejszą niż wczoraj mgłę, wiatr lekko muskał nas po policzkach - było idealnie.
Ja spacerujący po wyschniętym korycie świętej rzeki.
W takich warunkach medytacje są wspaniałym doznaniem. Oprócz religijnych przeżyć - odprężają i pozwalają naładować przysłowiowe baterie. Przez długie chwile rozważaliśmy cztery podstawowe prawdy. Myśleliśmy o tym, że teraz właśnie mamy możliwość rozwoju. Jutro może nie nadejść. Dlatego nie można szansy na rozwój odkładać. Rozmyślaliśmy o przemijalności wszystkiego, co złożone. Nie ma niczego, co byłoby trwałe. Wszystko się zmienia i nie ma niczego, co mogło by nas trwale chronić. Po trzecie przypominaliśmy sobie o prawie przyczyny i skutku i o tym, że wszystko co teraz mamy i czego doświadczamy, wynika z wcześniejszych uczynków. W tej chwili także zasiewamy nasiona przyszłości. Po czwarte - przed medytacją główną - uświadamialiśmy sobie, że sami jesteśmy jeszcze pomieszani i mamy osobiste problemy, dlatego musimy medytować, dopóki nie osiągniemy stanu, zwanego oświeceniem.

Upał robił się coraz trudniejszy do zniesienia, postanowiliśmy dojść do drzew i zobaczyć co się za nimi kryje. (Na facebooku dodaliśmy krótki, amatorski film z naszej dzisiejszej wyprawy). Początkowo szliśmy wzdłuż pól uprawnych i suchych ścieżek pomiędzy palmami. W końcu doszliśmy do pierwszych ludzkich zabudowań. Wyobrażaliśmy sobie wioskę, w której ludzie żyją w glinianych chatkach. Wielkie było nasze zdziwienie, bo wszystkie domy były murowane, otoczone wysokimi murami z cegieł. Żaden dom nie był wykończony, ale każdy zamieszkany. Krowy i bawoły były grubsze i wyglądały na zdrowe i zadbane. Dzieci brudniejsze niż w mieście, za to również pełniejsze i bardziej roześmiane. Na końcu wioski stał okazały budynek z cegieł, oznaczony szyldem "Private English School". Indie są pełne niezwykłości.
Wioska po drugiej stronie rzeki.
Wróciliśmy na naszą "pustynię". Jedynym prowiantem jaki wzięliśmy ze sobą była woda i ciasteczka owsiane. Zaopatrzyliśmy się w nie w supermarkecie. Często zjadamy je na drugie śniadanie.
Zdrowe ciastka bez tłuszczów trans i sztucznych dodatków.
Następnie doszliśmy do ruchomej osady, po drugiej stronie Gangesu. W namiotach serwowano samosy oraz gorące napoje. Obawialiśmy się, że woda pochodzi bezpośrednio z rzeki, dlatego zostaliśmy przy tym, co mieliśmy w torbie. Po jakimś czasie przyplątał się do nas wygłodniały szczeniak. Piszczał i wyglądał na bardzo głodnego. "Nie jesteśmy w stanie ci pomóc" - powiedzieliśmy do niego z żalem. A on patrzył na nas przenikliwie. W końcu Marcin przypomniał sobie, że zostały nam jeszcze biszkopty. W tym samym momencie psiak zobaczył jakąś wychudłą sukę i pobiegł w jej kierunku. Uciekła. "Cholera - psiak ma niefajną karmę. W momencie, gdy mógł coś od nas dostać pobiegł za niczym" - Marcin był zatroskany. "Ale bodhisattwowie mogą zmieniać karmę" - odpowiedziałem i pobiegłem za szczeniakiem. Wrócił i dostał ciastko. A potem spotkał jakiego człowieka, który zaczął się z nim bawić. Hindusi dzielą się jedzeniem. To w sumie bardzo dobrzy ludzie.
Ruchoma osada nad Gangesem.
Ostatnią godzinę spędziliśmy w oczekiwaniu na naszą łódkę. Słońce zachodziło powoli - siedzieliśmy zrelaksowani na rozgrzanym piasku.
Mój Kot :)





czwartek, 4 grudnia 2014

Wakacje - dzień 17

Obudziłem się o siódmej rano. Miałem bardzo dziwne sny: niektóre dobre, inne pokręcone - pełne dziwacznych emocji. Ze strachem poruszyłem się na łóżku i stwierdziłem, że ból pleców ustąpił. Wstałem zadowolony, uśmiechnąłem się promiennie do Kota i wyszedłem po zakupy. Na zewnątrz panował upał. Suche, gryzące powietrze wdarło się do moich płuc, powodując kaszel. Po chwili przyzwyczaiłem się do warunków i przestałem chrząkać.
Ulice były pełne ludzi i zwierząt. Owca przywiązana do drzwi hotelowych wyjadała coś z miski, krowy żuły reklamówki, psy warczały na siebie walcząc o swoje terytoria, tak jak kierowcy riksz i taksówek. Przemknąłem pomiędzy nimi nie zważając na hałas i zaczepki i dotarłem do małego sklepu z chlebami. Kupiłem ciasto z owocami (bardziej lekko słodki chleb), cztery placuszki z tłuszczu i wodę - śniadanie zjedliśmy w hotelu.

Korzystając ze sprzyjających warunków, postanowiliśmy pojechać do Sarnath - jednego z najważniejszych dla buddystów miast. Tam właśnie Budda Siakjamuni po raz pierwszy poruszył kołem Dharmy, innymi słowy, wygłosił swoje pierwsze kazanie. Uczynił to przed pięcioma ascetami, którzy jako pierwsi ludzie na ziemi stali się buddystami. Ale o tym za chwilę - wróćmy do naszego uroczego poranka...

Poszliśmy na postój taksówek, gdzie kierowcy mechanicznych riksz czekają na pasażerów. Sarnath jest oddalone od Varanasi 13-kilometrów. Można dostać się tam na różne sposoby; najbardziej popularna jest podróż taksówką. Pierwszy zapytany kierowca zażądał sumy tysiąca rupii. Zaśmialiśmy się głośno i podeszliśmy do drugiego. Po chwili zeszli do ośmiuset, siedmiuset i w końcu do naszej kwoty - czterystu rupii za podwiezienie nas do docelowego miasteczka, trzygodzinne oczekiwanie i odwiezienie z powrotem pod hotel.
W mechanicznej rikszy, zwanej tuk-tuk.
Podróż trwała godzinę. Tym, którzy nie byli w Indiach, trudno wytłumaczyć doznania, jakich doświadcza pasażer tutejszych taksówek. Najlepiej nie jeść zbyt dużo przed podróżą, z wielu względów: ilość dziur, potrąceń, dźwięków i zapachów, przechodzi wyobrażenie Europejczyka. Jeśli wszystko potraktuje się z dystansem i humorem - robi się z tego wszystkiego niezła zabawa.
Nasz kierowca i jego pomocnik (naganiacz pasażerów).
Gdy dojechaliśmy, słońce prażyło już niemiłosiernie. Zjedliśmy po dwie samosy od ulicznego sprzedawcy i weszliśmy na teren pierwszej z wielu buddyjskich świątyń, jakie oferuje to niewielkie miasto. 
Jedna z wielu buddyjskich świątyń w Sarnath.
W końcu dotarliśmy do stupy. Zrobiła na nas ogromne wrażenie. Masywna i wyjątkowo skromna - znacznie różniąca się od stup budowanych w późniejszym okresie - przyciąga jak magnes.
Budda, udał się do Parku Jeleni, siedem tygodni po osiągnięciu oświecenia. W jednej z licznych biografii Buddy czytałem, że początkowo nie chciał przekazywać wiedzy, którą posiadł. W końcu jednak, powodowany współczuciem, postanowił przekazać ludziom to, co sam odkrył.
Tam właśnie wygłosił Cztery Szlachetne Prawdy, przed pięcioma ascetami, którzy stali się pierwszymi na świecie buddystami. Wraz z nimi Siakjamuni założył zgromadzenie buddyjskie, znane pod nazwą Sangha.
Dodaj napis
Kilka wieków później, gdy buddyzm w Indiach rozkwitał, nawrócony na buddyjską filozofię, władca indyjskiego imperium Maurjów - Aśoka, wybudował ogromną stupę Dhamekh, znaną jako Stupę Szesnastu Bram. Uczynił to w 249 roku p.n.e., dokładnie w miejscu, w którym Budda wygłosił swoje pierwsze nauki. tupę wielokrotnie przebudowywano, do czasów obecnych przetrwało tylko kilka warstw cegieł pochodzących z II wieku p.n.e - reszta jest znacznie nowsza.

Dla nas wiek stupy miał marginalne znaczenie. Czuliśmy, że wróciliśmy do domu. Nie ma w tym żadnej przesady. Pod stupami rozkwitamy jak kwiaty. Energie panujące w miejscach kultu buddyjskiego są tak pozytywne, że wszelkie troski i negatywne myśli po prostu znikają.||
Pochodziliśmy wokół budowli powtarzając mantry, następnie zeszliśmy w dół zobaczyć starożytne ruiny - pozostałość po hojnym dla buddyzmu władcy.
Szczęście...
Nie zachowała się żadna budowla w całości, jednak ruiny nadają temu miejscu niezwykłego charakteru. W bezwietrzną, upalną pogodę panuje tu taka cisza, że słychać szelest motylich skrzydeł. Idealne miejsce do medytacji. Dla nas - jak do tej pory - był to najpiękniejszy dzień w Indiach. Dla takich chwil tutaj przyjechaliśmy.
Ruiny - pozostałości po cesarzu Aśoka.
Po puszczeniu Parku Jeleni została nam godzina do wykorzystania. Marcin - gdy jechaliśmy rikszą - zauważył niewielki, buddyjski kompleks klasztorny. Weszliśmy do środka, gdzie zostaliśmy serdecznie przyjęci.
Na dziedzińcu znajduje się dość duży i kolorowy posąg Buddy. Idąc wzdłuż niego, należy kręcić młynkami modlitewnymi. W ten sposób dochodzi się do gompy - buddyjskiego odpowiednika kapliczki. Miejsce to zostało inaugurowane niecałe dwa lata temu przez Dalajlamę. Jego zdjęcie znajduje się na tronie, w środku.
Przy posągu Buddy, wewnątrz kompleksu klasztornego w Sarnath.

Kot i lew u bram klasztoru.
Wnętrze gompy było bardzo typowe. W gablotach ustawiono różnego rodzaju relikwie i posążki. Na tronie znajduje się zdjęcie głównego Nauczyciela a za nim posąg Buddy (istnieje wiele rodzajów buddów, posągi nie zawsze przedstawiają naszego historycznego Buddę).
Marcin w świątyni.
Po duchowych uniesieniach, jeszcze przed powrotem, przycupnęliśmy w przydrożnej restauracji. Jak już wcześniej pisałem, wolimy jeść wtedy, gdy widzimy proces przygotowania posiłków, dlatego wybieramy jadłodajnie uliczne.
Oczekując na posiłek.
Zjedliśmy naleśnika z jajkami, noodlami i zasmażanymi warzywami. Wszystko oblane ostrym sosem. Wszystko okazało się niezwykle smaczne.
Nasz obiad. Trójkąty nadziewane były ziemniakami i groszkiem.
Po powrocie do hotelu poszliśmy na kawę i gdy słońce zaczęło zachodzić, udaliśmy się nad rzekę, aby zobaczyć ceremonię ognia. Po drodze spotkaliśmy Angielkę z Londynu, która zaprosiła nas na jutro na koncert jazzowy, później wpadliśmy na znajomych Francuzów, których poznaliśmy w Delhi. Bardzo się ucieszyliśmy i umówiliśmy na whisky w najbliższym czasie. Świat jest mały i cudowny.

Ceremonię ognia zobaczyliśmy w przelocie. Dla mnie nie była to nowość - widziałem ją w całości kilka lat temu, kiedy po raz pierwszy byłem w Varanasi. Dzisiaj jednak był wyjątkowo ciepły wieczór - komary wściekły się i latały jak szalone. Mimo najlepszych środków do smarowania, uciekliśmy przed nimi z dala od rzeki. A teraz już noc. Nad rzeką płoną stosy kremacyjne - widzimy je z dachu na którym siedzimy.
Ceremonia ognia nad Gangesem.
Oby wszystkie dni były takie piękne. Życzymy tego zarówno sobie jak i Wam. Dobranoc.







środa, 3 grudnia 2014

Wakacje - dzień16

Obudził nas ryk krowy. - Oni muszą podstawiać im mikrofony - stwierdziłem - przecież to niemożliwe, żeby one tak głośno ryczały. Marcin nie odpowiedział, zamiast tego oznajmił - Wstanę i zrobię nam kawy z mlekiem. A później coś zjemy. Uśmiechnięty próbowałem wstać i nagle głośno zawyłem. Poraził mnie ból dolnej partii pleców - tak okropny, że aż mi w oczach pociemniało.
Gimnastyki rozciągającej nie byłem w stanie wykonać. Ba! Włożenie spodni okazało się nie lada wyczynem, nie mówiąc o zawiązaniu butów. Marcin początkowo ignorował moje samopoczucie i tak mnie tym rozzłościł, że pokłóciliśmy się dość ostro. W gniewie walnąłem kremem w półkę, kosmetyki poleciały we wszystkie strony i jeden z nich uderzył Kota w oko. Zapowiadał się piękny dzień. Obrażeni na siebie powiedzieliśmy sobie o wiele za dużo.
Poszperałem w necie. Na polskich stronach wypisują głupoty mające na celu nastraszenie ludzi. Każdy ból pleców nazywają "korzonkami", co dalej mylą z rwą kulszową i innymi schorzeniami, na tych najgorszych kończąc. Wszedłem więc na angielski - bardziej rozsądny - NHS i przeczytałem, że taki ból pleców jakiego doświadczam, występuje często i jest określany jako "niespecyficzny ból pleców", nie mając związku z ogólnym zdrowiem. Najprawdopodobniej przeciąg w pociągu spowodował, że mnie "połamało" - niestety może to trwać dość długo. Dodając do tego ustępujący na szczęście ból kolana - czułem się dzisiaj na lat sto lub dwieście.

Po przysłowiowej burzy wyszło słońce. Przeprosiliśmy się i ja - połamany, oraz Kot z podbitym okiem poszliśmy na śniadanie. Trafiliśmy do restauracji krisznowców i zamówiliśmy kawę i noodle z warzywami. Później poszliśmy na spacer w poszukiwaniu marketu. Po drodze bodła mnie krowa i pies obszczekał. - To chyba nie mój dzień - stwierdziłem, a chwilę potem, gdy znalazłem pieniądze na ulicy, pomyślałem, że po prostu czyszczę nagatywną karmę.
Buddyści uważają, że nagromadzoną złą karmę można "wyczyścić" poprzez wiele działań, czasami takie oczyszczenia następują samodzielnie przez - na przykład - miejsca w których się znaleźliśmy lub ludzi, których spotkaliśmy.
Poranna kawa - w pozycji lekko pochylonej do przodu ból ustępował.
Varanasi ma bardzo dziwną energię. Zachodni turysta odwiedzający to miasto poczuje się zagubiony, trochę przestraszony i nieco podekscytowany. Nikt także, nawet osoby z zaburzeniami powonienia, nie pozostaną obojętni na mieszankę zapachów jaka unosi się w powietrzu. Swąd palonego drewna i zwłok, smród odchodów, słodki zapach kadzideł oraz ostra woń przypraw tworzą mieszankę, której nie da się zapomnieć.
Mieszkańcy świętego miasta ocieplają budynki odchodami zwierząt. Zbierają je z ulicy, robią "placuszki" i przyklejają do murów i ścian. Wysuszone kupy wykorzystuje się także jako materiał do opału.
Marcin przy murku ze suszącymi się gówienkami.
Ludzie są tutaj niezwykle różnorodni i kolorowi. Kobiety stroją się nad wyraz starannie, używają słodkich wonności i rozwiewają zapachy przy każdym swoim ruchu. Tłumnie przychodzą nad rzekę, siadają na gatach i patrzą na wodę i na deptak, na którym zawsze się coś dzieje. Najbardziej interesujące wydarzenia dzieją się podczas wschodu słońca i późnym wieczorem. Któregoś dnia pójdziemy popatrzeć. Rano ludzie obmywają się świętą wodą. Istnieje cały rytuał takiego obmywania, który opiszę przy okazji, wieczorem zaś jogini odprawiają różnego rodzaju rytuały - muszę o tym poczytać, żeby opisać to co zobaczymy.
Kobiety znad Gangesu.
Hinduscy jogini żyją osobno, ale współpracują ze sobą i często można ich spotkać razem. Udzielają porad i błogosławieństw (za drobną opłatą), medytują, siedzą w wymuszonych, bardzo niewygodnych pozycjach, a czasami chodzą z puszką i zaczepiają przechodniów prosząc o datki. Gdy dostaną jedzenie gotują je sobie w rondelkach, korzystając z niedopalonych drzew z palenisk pogrzebowych. Biorą je na murek, na tym stawiają blaszany okrąg na trzech nóżkach i stawiają garnuszek. Wygląda to dość zabawnie, jak próbują własnej potrawy i z zadowoleniem mlaskają, najprawdopodobniej chwaląc smak lub własne zdolności kulinarne.
Jogini znad Gangesu.
O tej porze roku, każdy dzień jest ciepły i słoneczny. W Varanasi jednak są miejsca, gdzie zawsze - niezależnie od pogody - jest ponuro. Pod gatami kremacyjnymi rozbrzmiewają dziwne zawodzenia i nawoływania. Bezustannie palone stosy wytwarzają taką ilość dymu, że słońce rzadko tam zagląda. Po przekroczeniu niewidzialnej granicy, przechodzi się na "inną stronę" - rzeczywistość staje się ponura. Na tarasach siedzą ludzie, najczęściej mężczyźni ubrani na biało i obserwują rytuały pogrzebowe. Co kilka minut ogień pochłania kolejne ciała - dym wżera się w oczy. Każdy mimowolnie płacze...
Nad Gangesem, pod jednym z kremacyjnych gatów.
Kilkadziesiąt metrów dalej znów "przechodzi się" przez granicę. Ludzie stają się nagle kolorowi, tańczą, grają na piszczałkach, puszczają latawce (nigdzie nie widzieliśmy więcej latawców niż tutaj) i głośno się śmieją. Być może świadomość nieuniknionej śmierci i ciągły kontakt z przemijaniem powoduje, że mocniej korzystają z życia?
Roztańczone ulice.
Hindusi lubią kolory. Tutaj jest ich cała gama. Święta rzeka podczas godzinnego spaceru zmienia "klimaty" i kolory wielokrotnie. Są tu "krowie plaże", miejsca handlu, tańców, wodnych zabaw i ciszy. Te ostatnie, znajdują się po drugiej stronie rzeki. Postaramy się tam popłynąć i odpocząć od zgiełku. Przeprawa przez Ganges kosztuje sto rupii, nie wiemy tylko ile w drugą stronę. Rzeki nie da się przepłynąć, nie ma tez mostu...
Wszystko się okaże.
Krowia plaża (tą nazwę nadaliśmy temu miejscu sami).
Siedzimy na tarasie. Jest wieczór. Połowa księżyca wisi nad nami - zanika od dołu, do góry - inaczej niż w Europie. Pod Marcinowym okiem, na szczęście nie pojawił się siniak - cały dzień miałem wyrzuty sumienia. Mnie trochę mniej bolą plecy. Jest dobrze - wcale nie musi być idealnie.
Życie przecież dlatego jest piękne, że różnorodne. Jak Ganges...
My - minutę przed dodaniem tego wpisu :)












wtorek, 2 grudnia 2014

Wakacje - dzień 14 i 15

Ostatni dzień w Delhi upłynął dość szybko. Obudziliśmy się nieco później niż zwykle - słońce zdążyło przejść nad naszymi drzwiami i rozgrzać dach. W pokoju zrobiło się duszno i sucho. Czym prędzej otworzyłem drzwi i okna - zmrużyliśmy oczy - jasne światło odebrało nam zdolność widzenia; po chwili jednak obraz wrócił. Za drzwiami leżały kolejne prezenty od polskiej grupy: bezcenne filtry chroniące przed słońcem z faktorem 50+ i odkażacze medyczne zabijające wszelkie wirusy, bakterie i grzyby. Na wierzchu leżała jeszcze kartka od Asi, z podziękowaniami za mile spędzony czas. Byliśmy wniebowzięci!

Chwilę potem pojawiła się Rudrani i poszliśmy na śniadanie. 

Mój brzuch nie działał zbyt dobrze, zadowoliłem się więc jajecznicą i suchymi tostami. Następnie czas - po raz pierwszy w Indiach - nabrał tempa. Zaczęliśmy się pakować i z przerażeniem stwierdziliśmy, że przybyło nam mnóstwo rzeczy. Plecaki "przytyły" o sześć kilo i znacznie zwiększyły objętość. Nie było jednak czasu na "plecakowe diety", dźwignęliśmy więc ładunek i poszliśmy na dworzec.

New Delhi Station jest oddzielnym miasteczkiem u którego wrót roi się od oszustów, naciągaczy i przestępców. Są tak namolni, że pozbycie się ich jest wielką sztuką. Do tego dochodzi bezużyteczna policja, ochrona i kompletnie nie zorientowana obsługa, tak zwana "may I help you". Gdy udało nam się przez nich przebić, dowiedzieliśmy się, że nasz pociąg jest odwołany. Zrobiło mi się gorąco a później zimno... zostawiłem Marcina na środku poczekalni i pobiegłem do obsługi klienta. Tam dowiedziałem się, że "pociąg czasami kursuje, czasami nie" - nie wiedzieli jednak w które dni odjeżdża. Odesłany do informacji, natknąłem się na dziesięciu "pomocników", którzy chcieli mi sprzedać bilet na inny pociąg, który do Varanasi jechał. Po odwiedzeniu oficjalnej informacji, w którym dowiedziałem się, że "pociąg chyba dzisiaj nie kursuje, a jeśli tak to odjeżdża z platformy szesnastej", przez sekundę rozważałem skorzystanie z oferty oszustów. Wysłałem Marcina. Dowiedział się, że pani w informacji nie wie, bo zajmuje się tylko autobusami. W końcu poszliśmy do kasy. Kasjerka stwierdziła, że "pociąg będzie jechał z szesnastki, a to, że nie jest wyświetlony na tablicy, nie ma najmniejszego znaczenia". Poszliśmy na peron i z radością stwierdziliśmy, że Poorva Express już stoi i czeka.

W pociągu działo się to co zawsze. Ogromna ilość ludzi, większość bez miejscówki, próbująca znaleźć swój kawałek podłogi. Marcin umiejętnie skopywał każdego (dosłownie - nogami) ze swojego miejsca, ja w końcu uległem i zgodziłem się odstąpić powierzchnię wielkości połowy taboreta jakiemuś Hindusowi. 

Poznaliśmy wielu ludzi. Gadaliśmy o wszystkim: o religii, pracy, różnicach pomiędzy Europą a Azją, telefonach komórkowych, bogach, buddach i nas samych. Z niektórymi wymieniliśmy się adresami e-mailowymi...
Co pięć minut w wagonie pojawiali się sprzedawcy herbaty, kawy, napojów, samos, chlebków, potraw ryżowych i takich, których nie rozpoznałem żadnym ze zmysłów. Co jakiś czas pojawiała się też kobieta sprzedająca pukawki, pistoleciki i piszczące kurki z plastiku. Spać w takich warunkach nie sposób. W końcu jednak wyciągnęliśmy poszewki i szybko się w nie wsunęliśmy. Koce nie były potrzebne, bo temperatura w pociągu była tropikalna. Włożyłem najważniejsze rzeczy za spodnie i usnąłem na jakiś czas.

Pociąg przyjechał z dwugodzinnym opóźnieniem, co było czymś nieznacznym dla indyjskich kolei.
Na peronie czekał na nas przedstawiciel hotelu. Zadzwoniłem do niego z pociągu i poprosiłem, żeby po nas przyjechał. Trochę narzekał, że musiał czekać na nas od piątej rano, ale zignorowany przez nas zupełnie zaczął opowiadać jak piękne jest jego miasto. Oczywiście kłamał, jak każdy handlarz, którego poznaliśmy.

Miasto umarłych przywitało nas niesamowitym upałem. Poszliśmy na spacer zaraz po zrzuceniu bagaży. O dziewiątej rano było już trzydzieści stopni. Szliśmy tak deptakiem wzdłuż niezliczonych ognisk, w których dopalały się ludzkie szczątki. Co kilka minut przynoszono kolejnych zmarłych, odkrywano ich i układano na stosach.

Widok trudny do opisania. Nie chcieliśmy robić zdjęć... Zmarli składani ogniu są jeszcze wiotcy. Hindusi poddają kremacji zwłoki zaraz po śmierci. Czasami ciała są jeszcze ciepłe... wyciekają z nich płyny... trudno to opisać, bo każdy czuje inaczej.

Obok palenisk układają się psy, krowy i kozy, których jest tutaj nazbyt dużo. Setki kóz gonią się po deptaku, podskakują i wydają się bardzo wesołe. Krowy leżą, lub łaskawie wchodzą do rzeki. Gdy tego dokonają, kąpiący się ludzie myją je, głaszczą i czule klepią po głowach. Psy za dnia śpią tak twardo, że wyglądają jak martwe.

Obok tego wszystkiego, pomiędzy paleniskami krążą ludzie. Tu, nad rzeką są ubrani odświętnie i niezwykle kolorowo. 

Tańczą, bawią się, obmywają wodą w której pływają szczątki zmarłych, robi pranie i poi zwierzęta... dalej po świętej rzece pływają dziesiątki łódek. Jedne przewożą ludzi na drugą stronę rzeki, inne spełniają zachcianki turystów, kolejne po prostu płyną w niewiadomym celu zgodnie z prądem rzeki. A dym i zapach kadzideł, kwiatów i palonego drewna unosi się ponad wszystkim gryząc w oczy przechodniów, gdy wiatr powieje od strony rzeki.